Świat nie przestaje mnie zaskakiwać

Po tylu latach w drodze, świat wciąż stoi przed nią otworem. Wierzy, że nawet najdłuższa podróż zaczyna się od jednego kroku. Dlaczego wraca na Śląsk? Z Martyną Wojciechowską – prezenterką, dziennikarką i podróżniczką rozmawia jej przyjaciółka z Bażantowa – Alina Markiewicz, także dziennikarka i podróżniczka.

Rozmawia: Alina Markiewicz
Zdjęcia: Anna Gondek-Grodkiewicz i archiwum prywatne Martyny Wojciechowskiej

Martyna Wojciechowska
Prezenterka telewizyjna, dziennikarka, podróżniczka i pisarka; laureatka wielu nagród, m.in. Telekamery („Osobowość telewizyjna), Wiktora („Wyjątkowa osobowość”) i Kobiety Roku magazynu „Twój Styl”. Od zawsze wiedziała, że jej przeznaczeniem będzie życie w drodze. 20 lat temu zaczęła swoją przygodę z telewizją, jako prowadząca najpopularniejszy program motoryzacyjny „Automaniak”. W 2002 r., jako pierwsza kobieta z Europy Środkowo-Wschodniej ukończyła rajd Dakar, a rok później rajd Transsyberia. W 2010. zdobyła Koronę Ziemi. Z kolei rok wcześniej zaczęła realizować program podróżniczy „Kobieta na krańcu świata”. Tej jesieni, program doczekał się dziesiątej serii, powstały również trzy książki pod tym samym tytułem.

Alina Markiewicz: Od dekady realizujesz program „Kobieta na krańcu świata”. Jak to się stało, że pomiędzy tymi wszystkimi wyjazdami stałaś się częstym gościem na Śląsku?
Martyna Wojciechowska: W tym roku obchodzimy wyjątkowy jubileusz programu „Kobieta na krańcu świata” – 10 lat wyjątkowych historii kobiet, ponad 80 zrealizowanych odcinków, 1,2 mln pokonanych kilometrów i 650 dni na planie w ciągłej podróży. Na te liczby składają się niesamowite wspomnienia. To mój projekt życia, z którego jestem bardzo dumna i traktuję go jak swoje dziecko. Częste wyjazdy, zmiany stref czasowych i klimatycznych sprawiają jednak, że potrzebuję szybko ładować baterie i tak się składa, że najczęściej przyjeżdżam wtedy na Śląsk.

W Beskidy i na Jurę?
Do Katowic, a dalej do Bielska, Szczyrku albo, w drugą stronę, do Podlesic na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Beskidy i Jura to moje dwa magiczne miejsca, z których zawsze wracam pełna energii do nowych projektów. Podlesice – mój drugi dom mam bliżej, dwie godziny drogi pociągiem od domu w Warszawie, więc właśnie tu najczęściej chowam się przed zgiełkiem dużych miast.

Częste wyjazdy, zmiany stref czasowych i klimatycznych sprawiają, że potrzebuję szybko ładować baterie i tak się składa, że najczęściej przyjeżdżam wtedy na Śląsk.

Pamiętasz, kiedy dokładnie Podlesice zostały twoim drugim domem?
Oczywiście! Pamiętam nawet dokładną datę: 1 września 2006 roku. Tego dnia poznałam też Ciebie i zaczęła się nasza niezwykła górska przyjaźń. Wtedy też odnalazłam w Podlesicach swoje miejsce na Ziemi. Krzysiek Wielicki organizował imprezę z okazji 20. rocznicy zdobycia Korony Himalajów, a ja przyjechałam na nią z Darkiem Załuskim, który był moim partnerem podczas wspinaczki na Mount Everest i Piotrkiem Morawskim, najzdolniejszym wówczas himalaistą młodego pokolenia. Wpadliśmy spóźnieni na tę uroczystość, ale zostaliśmy niezwykle miło przyjęci. I zostałaś na noc w Podlesicach 38, moim ówczesnym domu, a dziś pensjonacie…Kiedy obudziłam się rano i spojrzałam przez okno na okoliczne skały, poczułam, że to szczególne miejsce, że już zawsze będę chciała tu wracać. Od tego momentu przez kilka lat spędzałam w tym domu w Podlesicach każdą wolną chwilę. Były okresy, że niemal tu mieszkałam. W piątki pracowałam w Warszawie jak najkrócej, wsiadałam w pociąg do Zawiercia i już po południu byłam w skałach aż do niedzieli wieczór. W poniedziałek rano pierwszym pociągiem wracałam do Warszawy, prosto do biura National Geographic, gdzie pełniłam funkcję redaktor naczelnej. To był jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu.

Martyna Wojciechowska i Alina Markiewicz to bratnie dusze. Alina Markiewicz także jest dziennikarką telewizyjną, fanką gór i podróży oraz właścicielką pensjonatu Podlesice 38 na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

 

A potem już nie było dokąd przyjeżdżać – dom spłonął niemal doszczętnie w 2008 roku.
Ale patrz: odbudowałaś go i jest jeszcze wspanialszy. Zresztą pamiętam każdy etap – kiedy spałyśmy na materacach w zgliszczach. Kiedy pomagałam ci go odtworzyć, a dookoła pracowali robotnicy i teraz, kiedy przyjeżdża tu tylu miłośników Jury Krakowsko-Częstochowskiej, żeby wypocząć. Mam do tego miejsca i zawsze będę miała ogromny sentyment.

W skałkach na Jurze przygotowywałaś się do wielu górskich wypraw, ale też spędzałaś czas z przyjaciółmi. Pamiętam, jak przyjechałaś na swoją pierwszą „wyprawę” po urodzeniu córki, właśnie do Podlesic. Kilka lat później Marysia stawiała tu pierwsze kroki w skale i poznawała kawałek twoich pasji. Czy myślisz, że dla niej będzie to także ważne miejsce na mapie świata?
To na Jurze przygotowywałam się do późniejszych, poważniejszych wypraw wysokogórskich, szlifowałam umiejętności wspinaczkowe, jak choćby z Piotrkiem Pustelnikiem przed wyjazdem na Denali, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Z Arturem Hajzerem ćwiczyliśmy zimą na okolicznych skałach techniki asekuracji i autoratownictwa, traktując Podlesice jak najlepsze miejsce spotkań w połowie drogi między Katowicami, gdzie mieszkał Artur, a Warszawą skąd dojeżdżałam. W Podlesicach też zarwałam wiele nocy, spędzając czas na rozmowach z przyjaciółmi i planując kolejne podróże. Chcę zapoznać Marysię ze wszystkimi miejscami, które są dla mnie ważne, pokazać jej kawałek mojej historii. Co z tym zrobi później – zostawiam jej decyzji. Kiedy miała trzy lata, dostała swoją pierwszą linę, uprząż, kask i zaczęłyśmy się razem wspinać właśnie w Podlesicach.

Chcę zapoznać moją córkę Marysię ze wszystkimi miejscami, które są dla mnie ważne, pokazać jej kawałek mojej historii. Co z tym zrobi później – zostawiam jej decyzji.

W ramach eksploracji Śląska wspięłaś się ostatnio na hałdę w Kostuchnie. Z tego szczytu widać coś więcej niż zwykle w górach. Co cię zaskoczyło?
To dopiero była wyprawa! I słuszna wysokość: 339 m! (śmiech) Ekspedycję zakończyłyśmy przecież z pełnym sukcesem mimo potwornego mrozu. Przywiozłam go chyba wtedy prosto ze Spitsbergenu, bo dosłownie chwilę wcześniej wróciłam z nagrań do 10. jubileuszowego sezonu „Kobiety na krańcu świata”. Mimo wspaniale spędzonego czasu, widok ze szczytu trochę mnie przytłoczył. Nad miastem wyraźnie było widać unoszący się smog. Zima jest tutaj szara i dusząca. Niestety wynika to faktu, że mimo wielu akcji edukacyjnych i nagłaśniających problem, ludzie wspomagają ogrzewanie gospodarstw domowych tym, czego nie segregują. Skutki takich działań są fatalne. Zanieczyszczone powietrze dosłownie wyciska łzy. Ludzie nie myślą o tym, że paląc w piecach śmieciami, emitują do atmosfery zanieczyszczenia, którymi potem oddychają oni sami i ich dzieci. W smogu toną Beskidy, Jura, Katowice.

Ten problem nie dotyczy jednak tylko Śląska. Niestety, ze smogiem zmaga się wiele polskich miast. Jakie największe wyzwania ekologiczne stoją teraz przed nami?
Wyzwań jest wiele, ale zacznę od tego, co najpilniejsze. 80 procent ludzi w naszym kraju nie segreguje odpadów, co by znaczyło, że ekologia nas nie obchodzi. A z drugiej strony bardzo żywiołowo reagujemy na przeróżne akcje medialne związane z ochroną naszej planety. Czas przekuć słowa w czyny. W tej chwili najbardziej pilnym problemem jest segregacja i przetwarzanie odpadów. To od każdego z nas zależy czy szkło, plastik, metal lub papier zostaną surowcem do ponownego przetworzenia – co potrafimy robić bardzo skutecznie – czy staną się śmieciami i na zawsze zanieczyszczą naszą planetę. W Polsce poziom recyclingu odpadów jest szacowany, w zależności od źródła, na poziomie zaledwie 17-26 proc. W 2020 r. zgodnie z wymogami UE ten poziom musi osiągnąć 50 proc. W przeciwnym razie zapłacimy ogromne kary i utoniemy w śmieciach. Jak to osiągnąć w niespełna dwa lata? To musi być rewolucja a nie ewolucja, bo na nią nie ma już czasu. Austriacy są na poziomie 80 proc., Japonia wdraża program „zero waste”, co opiera się między innymi na segregacji odpadów na 34 grupy. My nie potrafimy poradzić sobie z trzema. Wiele pracy przed nami, a to tylko czubek góry lodowej.

Katowice to nie jest miejsce, gdzie można się nudzić. Trzeba tylko się rozejrzeć i zdjąć z pola widzenia tę nieprzychylną łatkę, która do Śląska przylgnęła.

 

Twój Śląsk to nie tylko Jura, Beskidy i sukces w zdobyciu hałdy. Myślisz, że Katowice i okolice mogą być atrakcyjne turystycznie wbrew opinii, jaka krążyła przez lata o aglomeracji śląskiej?
Oczywiście, że tak. Katowice i cała aglomeracja śląska mają bardzo dużo do zaoferowania. To miejsce niesłusznie cierpi przez opinię, która powstała jeszcze kilkanaście lat temu, że Śląsk tylko fabrykami i blokowiskami stoi. A przecież macie tutaj chociażby piękną, zabytkową dzielnicę Katowic – Nikiszowiec czy Kopalnię Srebra w Tarnowskich Górach, która została wpisana na listę UNESCO. Te i wiele innych miejsc odwiedzają dziś turyści z całego świata. Las Murckowski to świetny teren do spacerowania i biegania, a lotnisko sportowe Muchowiec może zaoferować wypoczynek i wiele atrakcji pełnych adrenaliny. Katowice to nie jest miejsce, gdzie można się nudzić. Trzeba tylko się rozejrzeć i zdjąć z pola widzenia tę nieprzychylną łatkę, która do Śląska przylgnęła.

Śląsk ma tę ogromną zaletę, że jest stąd bliżej w miejsca, które kochasz czyli w Alpy i Dolomity, kierunki popularne głównie narciarsko. Czytelnicy pewnie nie uwierzą, że Martyna Wojciechowska dopiero dwa lata temu trafiła we „włoskie Himalaje” i zakochała się w nich… latem.
To prawda (śmiech)! Jak się okazuje, czasem im bliżej – tym dalej! Byłam w Himalajach i wielu innych wspaniałych górach, zdobyłam Koronę Ziemi, odwiedziłam bodaj 140 krajów, ale nigdy wcześniej nie byłam we Włoszech. I choć trudno w to uwierzyć, to faktycznie do tego wspaniałego kraju i w Dolomity trafiłam dopiero dwa lata temu. Zresztą dzięki tobie. No i zakochałam się do szaleństwa. Zaczęłyśmy od delikatnych tras w rejonie Trentino w Arco i mojej pierwszej ferraty z córką Marysią, później była Cortina D’Ampezzo i już ambitniejsze drogi, jak ta na Tofanę. W tym roku eksplorowałyśmy rejony Val Gardeny i Sella Rondy – miejsca, które z tego co wiem, są bardzo popularnym kierunkiem dla mieszkańców Śląska podczas ferii zimowych. Zimą już też planujemy wizytę narciarską w Dolomitach. Całkiem blisko Polski odkryłam górski raj – latem trekkingi, wspinaczka, ferraty, rowery, a zimą narty zjazdowe, skitury, freeride. Pełne szaleństwo! A ja przekonałam się, że po tylu latach w drodze świat nie przestaje mnie zaskakiwać! I w Europie, i w Polsce, na Śląsku.

 

 

 

 

.