24-08-2013
KATOWICE
KAMIL DURCZOK 2013
KOSTUCHNA
BAŻANTOWO
FOT - ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC

Zakorzenienie

Głos Kamila Durczoka oprowadza turystów po Nikiszowcu, wcześniej witał podróżnych na nowym dworcu PKP w Katowicach. Nam opowiedział o korzeniach – Kostuchnie i rodzinie Durczoków, o wyjazdach do Warszawy i powrotach do Katowic.

ROZMAWIA: Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Arkadiusz Ławrywianiec

24-08-2013 KATOWICE KAMIL DURCZOK 2013 KOSTUCHNA BAŻANTOWO FOT - ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC

Kamil Durczok (rocznik 1968) – urodzony i mieszkający w Katowicach redaktor naczelny i prezenter „Faktów” w telewizji TVN – najchętniej oglądanego programu informacyjnego w Polsce. Laureat najważniejszych nagród branżowych: Grand Press (2000 r.), Wiktora (2000, 2003 i 2005 r.) i Telekamery (2002, 2003, 2006, 2007, 2008 r.).

Użyczył pan swojego głosu do przewodnika po Nikiszowcu, pański głos witał podróżnych na dworcu PKP. Jakie odgłosy kojarzą się panu z Katowicami?
Kiedy myślę o Katowicach, słyszę dźwięki Kostuchny – przede wszystkim syrenę w kopalni „Boże dary”, w której pracował mój dziadek. W jej pobliżu, w domu przy ul. Boya-Żeleńskiego wybudowanym przez kopalnię w 1903 roku spędziłem zresztą istotną część dzieciństwa. Dźwięk rozlegał się o 6 rano, potem o 14 i zawsze był powodem dużych emocji i zmartwienia mojej babci. Bo kopalnia, owszem – była matką, żywiła, dbała, ale czasami kazała sobie za to wszystko słono zapłacić.
Dźwięk kolejny, to brzmienie rodzinnego domu przy Hierowskiego. Często do niego wracam, bo Ślązak jest stworzeniem stadnym i o rodzicach pamięta. Brzmienie domu, to codzienny rytuał: najpierw wstawała mama, potem wrzała woda na herbatę – tak zaczynał się dzień.
I trzeci dźwięk – ryk potężnych silników ogromnych ciężarówek, które stacjonowały w miejscu, gdzie dzisiaj jest nowy ciąg komunikacyjny do Centrum Sportowego Bażantowo i dalej – przy skrzyżowaniu ulic Hierowskiego i Szarych Szeregów, gdzie stoi Lidl. Ten ryk działał na wyobraźnię sześciolatka jak mało co. Pojawiał się za sprawą pierwszych idoli mojego dzieciństwa, którzy wsiadali do tych ciężarówek i wyruszali w świat. Wśród nich był pan Stefan – nasz sąsiad, który przywoził z Bułgarii gumy balonowe.

Wyciu syreny i rykowi silników daleko do sielskości, którą wiążemy z dzieciństwem.
Dla sześciolatka świat jest przede wszystkim jednym wielkim terenem odkrywania nowych doświadczeń i żaden dźwięk nie jest przeszkodą. Teraz, po powrocie z pracy, gdzie przez 14 godzin dziennie atakują nas różne dźwięki jesteśmy na to wyczuleni. Wtedy to była wyłącznie inspiracja.

Współczesna Kostuchna nie przypomina tej z pańskiego dzieciństwa. Rozmawiamy w Centrum Sportowym Bażantowo, czyli kilkadziesiąt metrów od pańskiego rodzinnego domu. Co znajdowało się w tym miejscu, kiedy był pan dzieckiem? Pola?
W miejscu, w którym jesteśmy stała pieczarkarnia pana Marszołka. Obok stał jego dom, a z tyłu, gdzie jest wjazd na parking, był sad, z którego czasami podbieraliśmy jabłka, co wtedy określaliśmy mianem „pójścia na haks”. Pola zaczynały się tu, gdzie teraz stoi Bażantowo. Pamiętam to z bardzo wczesnego dzieciństwa, bo mniej więcej w połowie lat 70. ktoś po raz pierwszy wpadł na pomysł, aby wybudować w tym miejscu osiedle.

Budowa zakończyła się jednak na etapie prac ziemnych, pozostawiając całkiem licznej grupie młodych ludzi teren zupełnie nieprawdopodobnej zabawy. Budowaliśmy ziemianki, nurkowaliśmy w gliniankach, polowaliśmy na żaby i biegaliśmy ze szlojdrą (czyli z procą) za bażantami. To było szczęśliwe dzieciństwo, okres, który ukształtował moją wyobraźnię i sposób patrzenia na świat. Dlatego tu jest mój dom. Bo dom, to miejsce, w którym są pejzaże, o których wiemy, że są nasze, do których się wraca. Zawsze powtarzam, że to będzie absolutna katastrofa, jeśli kiedyś powiem, że wracam do Warszawy. Ja zawsze wracam do Katowic, a do Warszawy jadę. Wektor jest niezwykle istotny w tej sprawie.

25-08-2013 KATOWICE KAMIL DURCZOK 2013 KOSTUCHNA BAŻANTOWO FOT - ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC

Podczas pobytu tutaj zapomina pan o pracy?
Na to nie mogę sobie pozwolić, bo w zawodzie, który uprawiam pracuje się 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku. Oczywiście, w Katowicach funkcjonuję w innym rygorze – uwielbiam robić zakupy na osiedlu, biegać w lesie między Murckami, Ochojcem a Kostuchną, ale cały czas mam włączony telefon, którego nie wyciszam nawet w nocy. Mój zawód jest fantastyczny – daje fenomenalne poczucie frajdy, ale z drugiej strony wystawia co miesiąc rachunek emocjonalny i zdrowotny. Coraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę, bo coraz szybciej płynie czas. Do czterdziestki człowiek tego nie zauważa – u mnie refleksja przyszła dopiero, kiedy mój syn przerósł mnie o głowę.

Ludzie miewają swoje rytuały, które pomagają na chwilę zatrzymać czas. A pan ma taki rytuał?
Rytuałem jest niedziela i wszystko, co się z nią wiąże. Nie potrafię sobie wyobrazić niedzieli, w której nie byłoby spotkania z mamą i tatą, obiadu, podczas którego nie obowiązuje dieta, popołudnia oraz lekko depresyjnego wieczoru, kiedy muszę wsiąść do samochodu i pojechać do Warszawy.

Rolada, kluski i kapusta wsiadają razem z panem?
Pod tym względem, nietypowy ze mnie słoik bo trasę Katowice-Warszawa pokonuje ze mną zestaw jedzenia dietetycznego, które w weekend przygotowuję sobie na cały tydzień. Dzięki temu nie mam 20-kilogramowej nadwagi i mogę pogrzeszyć w niedzielę u mamy.

Tłusta kuchnia śląska spracowanego górnika nijak się ma do siedzącej pracy redaktora. Kiedyś, okres dorastania, tu – na Śląsku wiązał się dla chłopców stąd z prostą ścieżką, na której końcu była kopalnia. Czy pana również ścigało widmo pracy pod ziemią?
Siedmiu czy ośmiu kolegów z mojej klasy poszło tą ścieżką i trafiło w różnym charakterze do górnictwa. Było to niemało, bo połowa jej męskiej części. Ja zawsze byłem ciekawy świata i nigdy nie brałem pod uwagę zawodówki czy technikum w okolicy, a liceum w centrum Katowic. To częściowo zasługa moich rodziców, a częściowo dziadków, z którymi miałem świetny kontakt. Moi dziadkowie byli właściwie ostatnimi ludźmi, z którymi naturalnie rozmawiałem po śląsku. Dzisiaj ten śląski się odradza, ale za każdym razem, kiedy warszawiak prosi, żebym powiedział coś gwarą, to śmierdzi mi to cepelią. Śląski musi brzmieć w miejscu i w czasie; w sytuacjach, w których werbalizacja myśli następuje po śląsku.

24-08-2013 KATOWICE KAMIL DURCZOK 2013 KOSTUCHNA BAŻANTOWO FOT - ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC

Którego pokolenia sięgają pańskie korzenienie na Śląsku?
W Kostuchnie przynajmniej czwartego pokolenia wstecz. Ślązakami jesteśmy od wielu, wielu pokoleń, co oczywiście wiązało się z typowymi dla tych terenów losami. Dla przykładu, II wojna światowa i taki oto obrazek: z jednej strony dziadek Ewald (któremu w latach 50. kazano zmienić imię na Edward) został wcielony przez Niemców do Kriegsmarine, by ostatecznie trafić do sowieckiej niewoli; a z drugiej strony drugi dziadek, który walczył w Wojsku Polskim.

Tożsamość i zawiłe losy Ślązaków to ostatnio żywy politycznie i literacko temat.
Nieocenioną zasługę ma w tym prezes Jarosław Kaczyński, któremu w gruncie rzeczy jestem dziś wdzięczny za nazwanie Ślązaków mianem „ukrytej opcji niemieckiej”. Kaczyński wywołał tymi słowami fantastyczne poczucie wspólnoty Ślązaków, którego nie osiągnęłaby żadna kampania społeczna. Rozumienie i sympatia dla Śląska poza Śląskiem także są coraz większe, choć ja akurat nigdy nie odczułem w Warszawie, aby traktowano nas z wyjątkową niechęcią.

Za sprawą takich wypowiedzi jak ta Kaczyńskiego, czy na kanwie tak dobrej literatury jak „Morfina” Szczepana Twardocha sporo dyskutuje się o tożsamości Ślązaków. Nie ma pan czasami wrażenia, że poziom abstrakcji tych rozmów jest nieco sztuczny i istota śląskości jest daleko, daleko od debat dziennikarzy, naukowców i polityków?
Nie odkrywam Ameryki, ale to, że Śląsk w swojej śląskości przetrwał, zawdzięcza przywiązaniu do pewnych wartości, które pozwoliły przetrzymać te wszystkie historyczne zawirowania. Tym, wokół czego się gromadzimy jest śląski dom, rzetelność, pracowitość, punktualność i solidność. Faktycznie, nie przypominam sobie, żebyśmy z dziadkami czy rodzicami szczególnie dyskutowali o naszej tożsamości, ale może także dlatego, że w poprzednim ustroju za deliberowanie o tym, czy człowiek czuje się bardziej Ślązakiem czy Polakiem, można było trafić do więzienia. Te debaty eksplodowały po ’89, tak w przypadku Śląska, jak i wielu innych wspólnot i tożsamości. Osobiście, niezależnie od skali abstrakcji, mam nadzieję, że ograniczą zero-jedynkowe postrzeganie tożsamości na zasadzie Polak-Niemiec, swój-obcy, wróg-przyjaciel. Niestety, tego typu  ujęcia nie są obce dużej części polityków, którzy na swoje własne potrzeby budują schematy: tu jesteśmy my, a tam stało ZOMO. Mają do tego prawo, ale ja nie muszę w tym uczestniczyć, bo wiem, że świat jest bardziej skomplikowany niż czarny i biały.

Jak bardzo polityka jest obecna w pańskim życiu?
Stanowi jakieś 70 proc. mojej pracy, więc siłą rzeczy tematy polityczne są wywoływane nawet podczas niedzielnych obiadów. To chyba naturalne w demokratycznych społeczeństwach. Weźmy na przykład jedną z najstarszych europejskich demokracji – Włochy. Jeśli w wąskeij uliczce małego miasteczka stoi grupka mężczyzn i żywiołowo o czymś dyskutuje, to możliwości są dwie – rozmawiają albo o polityce, albo o piłce nożnej.

Biorąc pod uwagę drugą możliwość, to Włosi mają o czym rozmawiać, my niezbyt.  
Ja też nie rozumiem naszej miłości do futbolu – dyscypliny, w której ostatnie sukcesy osiągaliśmy 40 lat temu. Z drugiej jednak strony, na Śląsku futbol ma ogromne tradycje. Byłem ostatnio na meczu Ruchu Chorzów, kiedy grał z Legią Warszawa, żeby wesprzeć swoich (czyli Ruch Chorzów) i widziałem, że to coś, co wzbudza niebywałe emocje, od 80-latków po 7-8-letnich brzdąców.

Polityka bardziej pana porusza?
Tak, bo ma realny wpływ na moje życie. Z racji wykonywanego zawodu jestem w lepszej sytuacji niż 99 proc. obywateli, bo jeśli coś mnie naprawdę poruszy, to mam narzędzia, żeby to oburzenie bardzo skutecznie wyartykułować.

Co pana porusza?
Na co dzień np. korki z Bażantowa do centrum. Podobne są oczywiście w Warszawie i wszystkich większych miastach w Polsce, ale namawiam, aby nie pozostawiać ich na poziomie krytyki, którą wieczorem uprawiamy przy piwie. Mamy przecież do dyspozycji wspaniałe narzędzie, jakim jest Internet i możemy za jego pośrednictwem wpływać na decyzje, które podejmuje pan Uszok i inni prezydenci śląskich miast. Oczywiście, narzekać będziemy zawsze, bo żaden żywy organizm miejski nie jest skończony.

Coś jeszcze?
To, że brakuje pomysłów dla magicznych miejsc takich jak w Warszawie. Dla przykładu: mamy w stolicy taką instytucję, jak Dworzec Powiśle, gdzie są organizowane projekcje filmowe, koncerty i gdzie pije się piwo. Dworzec Powiśle, to nie jest wielka przestrzeń, a jedynie budka, w której sprzedawano bilety na peron, który jest nad nim. I przyszło w tę przestrzeń dwóch facetów, którzy zauważyli, że jest w nim energia. Do dziś pamiętam, jak dzień po zatrzymaniu Romana Polańskiego zorganizowano tam pokaz jego filmów, na który zjechało się pół Warszawy, żeby dyskutować o tym, czy słusznie go aresztowano.  Co to było? Aktywność. Nic poza aktywnością. My w Katowicach nie potrafimy wykorzystać małych miejsc, w których moglibyśmy zacząć robić wielkie rzeczy.

Na Śląsku nigdy nie było tradycji wychodzenia z domu, jak w Warszawie czy Krakowie.
Owszem, nie było takiej tradycji w pokoleniu moich rodziców, ale w moim i mojego syna już jest. Pamiętajmy, że sami kształtujemy swoje otoczenie własną aktywnością i nie oczekujmy od władzy niczego, poza tym, żeby nie przeszkadzała. Oczywiście jest kilka wyjątków – Nikisz czy niewielka knajpa za kościołem mariackim, w której można zjeść tortillę z krupniokiem. Trzeba otworzyć oczy i działać.