NR2_2015_Layout 1

Z hałdy w Himalaje

Od kiedy pamięta – marzyła o dwóch rzeczach: zostać dziennikarzem i pojechać w najwyższe góry świata. Realizację pragnień połączyła pracując w telewizji i realizując filmy w Himalajach. Dzięki podróżom zyskała to, co dziś uważa za najcenniejsze: miejsca, do których chce wracać. I choć na co dzień mieszka w Bażantowie w cieniu hałdy w Kostuchnie – jak sama mówi – jej dom jest znacznie wyżej: w Nepalu, który w kwietniu dotknęło potężne trzęsienie ziemi.

ROZMAWIA: Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Mikołaj Suchan, Alina Markiewicz

tumblr_inline_o2qq87u12q1u1fa98_1280

Zdjęcie: Mikołaj Suchan.

Bartłomiej Wnuk: Tysiące ludzi zginęły, setki tysięcy zostały bez dachu nad głową, ludzie boją się epidemii, a ty mimo wszystko po raz kolejny wracasz do Nepalu. Dlaczego?
Alina Markiewicz: Sama też kiedyś straciłam wszystko, kiedy spłonął mój dom w Podlesicach na Jurze, doskonale wiem jakie to uczucie, zwyczajnie chcę być z tymi ludźmi. Zarówno Podlesice, jak i Nepal „zbudowały” mnie i dzięki nim czuję się spełnionym człowiekiem. Poza tym, czas spędzony w Polsce jest dla mnie tylko czasem pomiędzy bywaniem w Nepalu. Tutaj żyję, pracuję, kocham bliskich, ale jeśli pytasz mnie o powrót, to ja zawsze wracam do Katmandu.

Przy okazji tragedii w Nepalu, ludzie, którzy nie interesują się himalaizmem nagle dowiedzieli się, że najwyższy szczyt świata jest dziś jak Disneyland i w sezonie „okupują” go tysiące ludzi. Wysokie góry nie są wyłącznie dla wybitnych?
Góry są nie tylko dla himalaistów i wspinaczy. Wielu ludzi myśli, że aby pójść z plecakiem pod Mount Everest trzeba mieć świetną kondycję i lata doświadczeń. Nic bardziej mylnego – trekking w okolicach Mount Everestu czy popularnej Annapurny to wycieczki dwu- lub trzytygodniowe o skali podejścia jak na Babiej Górze. Większość ludzi, których regularnie spotykam podczas treningów w Bażantowo Sport ma lepszą kondycję niż ja i bez problemu doszłoby do bazy pod Mount Everestem, a to jeden z najpiękniejszych trekkingów świata, który bez większych problemów pokonali moja mama i spore grono przyjaciół, których tam zabrałam. Wszystko zależy od organizmu i tego, jak sobie radzi z wysokością. Ja mam zawsze spore problemy z aklimatyzacją, ale są też tacy ludzie, którzy odczuwają niewielkie dolegliwości związane z wysokością i mniejszą ilością tlenu w powietrzu. Tego niestety nie da się przetestować inaczej niż tam – w górach, najlepiej w towarzystwie kogoś, kto zna zasady i wie, jak postępować w przypadku choroby wysokogórskiej.

Relacjonując wyprawę w Himalaje z dziećmi – w projekcie „Z hałdy w Himalaje”, powtarzałaś w mediach, że razem z górskimi szczytami zdobywa się pewność siebie i moc spełniania marzeń.
I właśnie takie szczyty – przekraczanie własnych możliwości, miałam na myśli. W projekcie „Z hałdy w Himalaje” nie chodziło przecież o to, żeby zabrać dzieci na wycieczkę, ani o to, żeby zostały himalaistami. Pokazaliśmy im, że warto mieć marzenia a potem konsekwentnie dążyć do ich realizacji.

 
tumblr_inline_o2qq9q74ha1u1fa98_1280

tumblr_inline_o2qqah0enG1u1fa98_1280

Zdjęcia: Alina Markiewicz.

Ciebie też ukształtowały góry, podróże?
Wszystko, co w życiu zrobiłam było dyktowane emocjami, pasją i chęcią podróżowania w ciekawe rejony, gdzie spokój przenika się z emocjami. Mam w sobie wielką potrzebę łączenia tych światów i w każdym z nich jestem sobą. Jestem swoistym połączeniem Bażantowa z Himalajami –  dobrze czuję się w tym miejskim życiu na szpilkach i na imprezie, ale równie mocno lubię poznawać smak życia od podszewki: topić śnieg w menażce w wilgotnym namiocie. Jakże błaho wygląda z tej perspektywy wszystko to, co stresuje nas tutaj na co dzień: leasingi, banki, projekty, terminy, faktury.

Tyle szczytów na świecie, a Ty osiadłaś w cieniu hałdy w Kostuchnie.
Hałda też może być wyzwaniem i ciekawym celem. Południe Katowic to moje miejsce, a Bażantowo ma wszystko, czego potrzebuję do codziennego funkcjonowania – sport za płotem i las w pobliżu. Ten drugi walor docenia mój Berni, którego potrzeb – ze względu na jego wielkość – nie mogę ignorować (Berni, to berneński pies pasterski – nieodłączny towarzysz Aliny Markiewicz – przyp. red.)

W porządku, ale Europa ma Mount Blanc, Azja Mount Everest, a Kostuchna hałdę (wysoką na 339 m. n. p. m.)…
To najwyższy szczyt w Katowicach?

Nie, ale można jeszcze co nieco dosypać. Zdaje się, Ciebie nie interesują tak rozumiane szczyty?
Aspekt sportowy w górach nie był nigdy dla mnie celem, nie jestem alpinistką ani wspinaczem skałkowym.  Dla mnie liczy się możliwość przebywania w górach. Myśląc w ten sposób, szczyt widzi się zupełnie gdzie indziej niż szczyt dosłowny – to szczyt możliwości, szczyt aktywności, szczyt absurdu, różnie. Tylko bez chorobliwego myślenia o szczycie (tym u góry), można chłonąć atmosferę, klimat przygody, zauważać rzeczy, które wymagają głębszego widzenia i poznawać ludzi, którzy chcą od życia czegoś więcej niż np. nowego maserati.

Zatem góry to Twoje hobby?
Hobby jest czymś ulotnym, można mieć ich wiele, ale pasję ma się jedną – z nią człowiek się rodzi, jak z kodem genetycznym, i z nią umiera. Na góry byłam skazana dzięki rodzicom. W związku z tym, że pojawiłam się w ich życiu wcześnie – bo kiedy byli na trzecim roku studiów, to nie pozwolili, abym pokrzyżowała ich plany. Tym sposobem, w wieku dwóch lat, po raz pierwszy postawili mnie na nartach (nie pamiętam czasu w życiu, kiedy nie jeździłam na nartach), a w wieku sześciu-siedmiu lat, kiedy dziecko bierze do ręki pierwszą książkę, ja sięgnęłam po cztery książki himalajskie, a dopiero po ich przeczytaniu po „Plastusiowy pamiętnik”. Potem, mając lat 12 zrobiłam wywiad z Jerzym Kukuczką, który wtedy zdobył koronę Himalajów i wsiąkłam na dobre. Wiedziałam, że chcę być dziennikarką i pojechać w góry wysokie. Po pierwszym wyjeździe zrozumiałam, że podróżując zyskuje się miejsca, do których chce się wracać i podróżuję do dziś tak często jak tylko się da.

Alina Markiewicz

Z zawodu dziennikarka telewizyjna (prowadziła m.in. Cafe Euro News w Polsat Sport i Sportowy Express w TVP1 oraz była kierownikiem redakcji sportowej telewizji TVS), fanka gór i podróży. Wspólnie z Dariuszem Załuskim wyprodukowała filmy „Bieg Kukuczki” i „Everest” oraz zrealizowała projekty „Z hałdy w Himalaje” i „Kierunek szczęście”.

tumblr_inline_o2qqb5Cd0D1u1fa98_1280
tumblr_inline_o2qqazaDd31u1fa98_1280

tumblr_inline_o2qqbfXZKe1u1fa98_1280

tumblr_inline_o2qqawHFYg1u1fa98_1280

tumblr_inline_o2qqar0OU71u1fa98_1280

Zdjęcia: Alina Markiewicz.

Podlesice – mój Everest

Z domem było tak. Znajomy kupił ruderę w Podlesicach, ale zachorował i nie miał siły jej remontować. A ja z moim ówczesnym partnerem – Krzyśkiem Wielickim szukaliśmy czegoś dla siebie. Decyzja była szybka: bierzemy! Do naszego domu przyjeżdżali ludzie gór, filmowcy i dziennikarze, każdy weekend był wydarzeniem towarzyskim. Kilka lat później, kiedy zostałam sama, tuż przed Wielkanocą, w domu wybuchł pożar, który wszystko pochłonął. Byłam zrozpaczona, ale podniosłam się, odbudowałam dom i dziś wiem, że ten pożar był najlepszą rzeczą, jaka wtedy mogła mi się przydarzyć. Każdy gość jest dla mnie wyjątkowy, ale ważne jest również to, że odnajdują tu coś magicznego ludzie, którzy zwiedzili cały swiat i mówią, że często w podróży marzą o Podlesicach. Martyna Wojciechowska, Marek Kondrat, Wojtek Jagielski to ludzie, dla których to miejsce ma znaczenie i łączą ich z moim domem wspomnienia wartościowo spędzonego czasu. To był mój szczyt, mój Everest.