DSC_8529

Między miejscami

Od roku mam dwa adresy: Katowice i Warszawa. Śląsk wciąż pozostaje bazą: biuro, najważniejsze projekty, budowy i… mój dom. W stolicy z młodym zespołem pracujemy nad konkursami. Tam  spełnia się marzenie o wielkim mieście. A w Bażantowie… boso chodzę po trawie.

ROZMAWIAJĄ: Małgorzata Węgiel-Wnuk i Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Adrian Larisz

Tomasz Konior
Jeden z 40 najbardziej obiecujących architektów młodego pokolenia w Europie (wg The European Centre for Architecture Art Design and Urban Studies). Urodził się w 1968 r. w Żywcu, ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej, mieszka i tworzy w Katowicach. Do jego najważniejszych realizacji należy m.in. Tyskie Browarium, Sala Symfonia przy Akademii Muzycznej w Katowicach, projekt siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Jego motto brzmi: „Architektura to inspirujący klimat i piękno. To pasja tworzenia w kontekście czasu i miejsca, natury i kultury”.

_DSC5907

Weszliśmy do pańskiego domu. Rozglądamy się dookoła, widzimy umiar kształtów i kolorów, poznajemy pańską przestrzeń. Gdyby miał pan nas z nią oswoić, pokazać nam swoje miejsce, to zaczęlibyśmy rozmowę od historii tego domu, czy od historii pańskiego życia?
Obie historie zgodnie przeplatają się od lat. Teraz projektuję  dla przyjaciela i znakomitego muzyka, który szuka pomysłu na swój dom. Pomyślałem, że wizyta Marcina i jego żony u mnie, w Bażantowie to dobry wstęp do projektowania.  Mój dom stał się tłem długiej rozmowy o tym, jak ważne jest poznanie swoich potrzeb zanim powstanie przestrzeń, którą można nazwać własną, gdzie wszystko ma swoje miejsce a każdy z domowników czuje się  w niej dobrze.
Zwykle dzień zaczynam od kawy i lektury. Gdy ekspres wypełni filiżankę wychodzę na werandę. W codziennym rytuale nie przeszkadza mi ani deszcz, ani słońce. Weranda płynnie przechodzi w niewielki ogród. Jego krajobraz tworzą stare wierzby i młodziutki platan, który jest prezentem od moich studentów. Przeszklone ściany między jadalnią, werandą i salonem sprawiają, że ogród przenika do wnętrza.  Przesuwne drzwi pozwalają dowolnie łączyć lub dzielić przestrzeń. Gdy zapraszam przyjaciół, każdy znajduje tu swoje ulubione miejsce.
Domy, które projektuję nie mają wiatrołapów – przywitanie z gośćmi jest wydarzeniem. Pozorny komfort termiczny nie może być tu przeszkodą. Tak jest też u mnie: podcień, drzwi… i jesteśmy w samym środku domu. Na piętrze biblioteka i część nocna. Taras znalazł się po drugiej stronie. Tam ze słońca można korzystać do późnych godzin wieczornych.
Relaks, przygotowanie posiłków, spotkania ze znajomymi, słuchanie muzyki, praca i korzystanie z uroków natury. Zwyczajna codzienność. Warto zwrócić uwagę na to, jak ważnym komponentem w życiu jest otaczająca przestrzeń.

Dlaczego w danym miejscu jest nam dobrze, a w innym mniej?
Bo mamy swoje przyzwyczajenia, często wyjątkowe potrzeby a miejsca mają im sprzyjać. Dla naszego komfortu wszystko może mieć znaczenie. Marcin i Ala właśnie tu, w miejscu prawdziwym – a nie na rysunku, odkrywali swój niepowtarzalny dom. Dobrze jest dostrzec różnicę, że kupienie domu z katalogu jest czymś innym niż kreacja własnej przestrzeni, Garnitur ze sklepowego wieszaka nie będzie nigdy tym, uszytym na miarę.

Amerykański geograf Yi Fu Tuan stwierdził, że to, co na początku jest dla nas przestrzenią, staje się miejscem w miarę poznawania i nadawania wartości przez człowieka”. Jak z pustej przestrzeni uczynić swoje miejsce?
Mądre słowa. Chodzi o tożsamość. Nie wystarczy gromadzić przedmioty. Świadomość siebie sprawia, że otaczająca nas rzeczywistość nie jest przypadkiem. Ulubione książki, obrazy, sposób spędzania czasu, dźwięki i kolory. Powoli nasz świat nabiera osobliwych cech.

Tak naprawdę żyje pan teraz w dwóch miejscach równocześnie. Czym różnią się te miejsca?
Od roku mam dwa adresy: Katowice i Warszawa. Śląsk wciąż pozostaje bazą: biuro, najważniejsze projekty, budowy i… mój dom. W stolicy z młodym zespołem pracujemy nad konkursami. Uczę też na Wydziale Architektury. Tam  spełnia się marzenie o wielkim mieście.  Dlatego własnego miejsca szukałem w ścisłym centrum. Ulice: Poznańska, Wilczą, Hoża to fragment Warszawy, który tworzy regularna siatka ulic, pomiędzy nimi zwarta zabudowa kwartałów lub wolna przestrzeń placów. Genialne miejsce! W tym uporządkowanym świecie wymyśliłem swoją Warszawę. Uczelnia jest na Koszykowej, biuro na Wilczej, mieszkanie przy Placu Politechniki a pociąg do Katowic… jest na dworcu. Całość to raptem 15 minut drogi piechotą. Nie jestem skazany na korki – czuję się z tym dobrze. A do zamieszkania wystarczyły zaledwie 24 metry kwadratowe. Tak niewielka powierzchnia zaspokaja wszystkie potrzeby. Jest tam kuchnia z jadalnią, miejsce do pracy, spania, garderoba, łazienka. Mogę tam urządzić przyjęcie na kilkanaście osób! Każdy centymetr był wymyślony. Jednak o lokalizacji przesądził urzekający widok z okna. Panorama najpiękniejszej części miasta z Placem Zbawiciela po środku. Żywy, zmieniający się obraz rekompensuje ograniczoną przestrzeń.  Tam jestem w samym sercu miasta. A w Bażantowie… boso chodzę po trawie. Cieszy mnie, że to miejsce mądrze się rozwija. To próba powrotu do sprawdzonych wzorców. Plac, ulica, szkoła…To sprzyja dobrosąsiedzkim relacjom.

Bażantowo znajduje się w pobliżu pańskich najważniejszych realizacji w śródmieściu Katowic. Czy przestrzeń tego miasta jest dla pana wciąż nieokiełznana?
Katowice fascynują i… prowokują.  Szczególnie gdy odwiedzam centrum. Całkowicie zatraconą w swoim zamyśle Aleję Korfantego wraz z otoczeniem. Wciąż nie pojmuję, jak można było wyciąć taką ranę w mieście. Mści się pycha jej twórców, którzy wznosząc budynki – czasem nawet niezłe – zapomnieli o ludzkiej skali i autentycznych potrzebach użytkowników miasta. To nie eksperymentalne budowle tworzą miejski klimat. Ważniejsze są przestrzenie między budynkami. Najlepiej pełne uśmiechniętych ludzi. Takie miejsca od wieków tworzą miasto i świadczą o jakości życia. Niestety nowa, modernistyczna wizja zerwała z tradycją. Niektórzy architekci do dziś uważają, że oś rynek – rondo określa wielkomiejski charakter centrum Katowic, a budynki-ikony mają to potwierdzać. Rzeczywistość weryfikuje te poglądy. Zrozumiałem to będąc Brasilii – mieście budowanym jak makieta a nie żywy organizm. Po kilku godzinach pieszej wędrówki szlakiem architektonicznych symboli chciałem stamtąd uciekać. Miasto z ulicami bez pieszych, o nieludzkiej skali, bez zwyczajnych funkcji, które sprawiają, że czujemy się dobrze i bezpiecznie.  Rio de Janeiro, to też brazylijskie miasto – a jakże inne – tętni życiem, zachwyca energią.  To nie jest przypadek, że dobre miejsca przyciągają, Przebywając w nich, tracimy poczucie czasu. Są też miejsca, które odpychają. Niestety z tych obserwacji rzadko wyciągamy wnioski. Dlatego kolejny konkurs na projekt Rynku zakończył się fiaskiem. Znowu skupiono się na przedmiotach, a nie na ludziach i tym, co mają wśród tych przedmiotów robić.

Jak wobec tego powinniśmy kształtować tę przestrzeń, by była przestrzenią publiczną?
Powinniśmy obserwować ludzi, jak żyją i czego potrzebują. Jakie miejsca wybierają i dlaczego. Wówczas zrozumiemy, co sprawia, że rynek w Sienie jest i zawsze będzie miejscem pełnym ludzi a plac przed parlamentem w Brasilii wciąż zionie pustką. Potrzebujemy miejsc, które tętnią życiem. I są zaproszeniem…

_DSC5552

Kiedy architekci zapomnieli o przeszłości?
Gdy uwierzyli w rewolucję w architekturze. Nowe hasła stały się ważniejsze niż dobra kontynuacja. W Polsce były lata 60-te i siermięga komunizmu. W Katowicach, młodym mieście rewolucyjne hasła trafiły na podatny grunt.
A przecież modernizm 20-lecia międzywojennego do dziś jest nowoczesny i pożądany. To świetne miejsce do życia i wysokiej jakości przestrzeń. W odróżnieniu od blokowisk, czy kuriozalnej Alei Korfantego, która z miastem nie ma nic wspólnego. Warto wybrać się szlakiem katowickiej moderny, żeby to docenić.

Stojąc na środku katowickiego rynku, nie sposób nie zadać sobie pytania, czy na pewno z winy architektów miejsce to wygląda dziś tak, a nie inaczej?
Na pewno architekci nie są bez winy. To był zuchwały pomysł niszczyć tak ważne dla  miasta miejsce i jego tradycję. To kwestia wartości. Oczywiście system był chory. Nie liczono się z własnością, ważna była partia i ideologia. Ale twórcy po dziś dzień są dumni ze swoich dzieł. A my długo będziemy zmagać się z chorą tkanką. Coś jest nie tak, skoro bardziej nas porusza 8 centymetrów betonu na dworcowych kielichach niż zadowoleni ludzi w zdrowej przestrzeni.

Takie obiekty jak nieistniejący dziś dworzec PKP, Superjednostka, osiedle Tysiąclecia czy „gwiazdy” przy al. Roździeńskiego bywają określane mianem „źle urodzonych”. Jak pisze Filip Springer: „urodziły się w złym czasie, trudnym, bolesnym, byle jakim i parszywym”.
W tym modnym określeniu zawarta jest próba rehabilitacji rewolucyjnej architektury, której podstawowy problem tkwi w stosunku do przeszłości, otoczenia i przede wszystkim do człowieka. To są konteksty, które dla mnie decydują o jakości architektury. Czas powstania nie ma tu nic do rzeczy. Na przykład Dom Prasy, to ważny budynek w centrum. Od początku nie pasował do otoczenia. Jednak wyróżniał się eksperymentalną elewacją i zróżnicowaną funkcją w parterze. Po ostatnim remoncie został pozbawiony nawet tych cech. Na takie marnotrawstwo nie powinno być zgody. Miasto tej rangi zobowiązuje do jakości. Tym bardziej w centrum. Tam jest szczególna  potrzeba dobrych wzorców.

Na czym polega budowanie w mieście?
Na ciągłości i dobrej kontynuacji. Wychodzeniu naprzeciw zmieniającym się potrzebom. Budowanie miasta jest procesem a nie zbiorem pojedynczych inwestycji. Każdy obiekt wchodzi w relację z otoczeniem i zmienia krajobraz. Dziś rzadko myślimy dalekowzrocznie. Nie ma czasu na rozglądanie się wokół. Często pozorna oryginalność i ślepe spełnianie przepisów zastępuje jakość. A w tej dziedzinie błąd odczuwają pokolenia.

Twórcy Superjednostki, Gwiazd czy Kukurydz natrafiali na opór materii – brakowało im materiałów do wykonania swoich projektów, aprobaty Komitetu itp. W naszych czasach obserwujemy zderzenie architekta z księgowym. Czy jest sposób, aby wypracować kompromis i tworzyć dobre, funkcjonalne miasto?
Istotą nie tkwi w materiałach. Te budynki są solidne. Ich problemem jest stosunek do otoczenia. Do użytkownika. Myślę, że zabrakło punktów odniesienia. Za to nie brakuje im pychy i arogancji. Owszem, dziś dostęp do materiałów jest łatwiejszy a budżety nie zawsze są niskie. Ale to nie warunkuje jakości. Zawsze potrzebna jest wrażliwość, kompetencje i skuteczność.  Wszechobecna biurokracja również nie sprzyja lepszemu budowaniu. Przepisy, pozwolenia, operaty stały się podstawą budowania, rzadko zdrowy rozsądek. Tych uwarunkowań formalno-prawnych jest całe mnóstwo. Sto lat temu nie było tylu przepisów a budowano lepsze miasta. Poprzez nowe wizje planistyczne i możliwość szybkiego przemieszczania, miasta rozlały się na wielkie obszary. To konsekwencja planowania bez ekonomii. Wszędzie jeździmy samochodem. Lepiej jest żyć w zwartym mieście. To jest wygodniejsze i tańsze. Błędy planistów, w tym architektów, są bardzo trwałe i trudno je naprawiać. Projektowanie to jest odpowiedzialność.

Kilkadziesiąt lat temu Oskar i Zofia Hansenowie zaproponowali powiązanie polskiego wybrzeża z górami czterema pasmami zabudowy, z których każde miało przebiegać wzdłuż rzeki. To odważny i niewykonalny projekt, podobnie jak wiele innych dzisiaj…
…zapytam: gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Projektuję od 15 lat i dostrzegam, że bardziej koncentrujemy się na zaskakiwaniu a mniej na obserwowaniu ludzi i spełnianiu ich rzeczywistych potrzeb. Mamy chęć wręcz konieczność bycia oryginalnym. Czasy są takie, że jeśli nie zabłyśniesz ekstrawagancją, to znikniesz w tłumie. Brak spektakularnego projektu jest skazaniem się na niebyt. I to jest w sprzeczności z tym, czym jest budowanie miasta. Miasto nie ma być spektakularne, ma być przyjazne.

Czasem jednak spektakularny efekt można uzyskać, stawiając w centrum zainteresowania człowieka. Panu się to udało przy projektach Sali Symfonia Akademii Muzycznej w Katowicach i siedziby Narodowej  Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.
W Symfonii jest dobra energia. Ludzie się tam dobrze czują.  Na to, czym będzie nowa siedziba NOSPR-u, musimy jeszcze poczekać.
Projekt przekształca się w rzeczywistość. Budowanie dla muzyki jest fascynujące. Kocham muzykę, ale kto jej nie kocha?… To jest pasja, emocje, tajemnica… To magia,  która najsilniej oddziałuje na zmysły. Kiedyś marzyłem by zostać muzykiem. Teraz spełniłam się w budowanych przestrzeniach dźwięków.

Jak połączyć to, co ulotne w muzyce z bryłą, która jest materialna? Gdzie w architekturze zaczyna się muzyka i gdzie w muzyce szukać architektury?
Yasuhisa Toyota – słynny akustyk, z którym projektowaliśmy salę koncertową NOSPR-u – mawia: „daj mi pomysł na przestrzeń, a ja sprawię, że muzyka w niej zabrzmi”. On jest mistrzem, który ożywia architekturę pięknem czystego brzmienia. Sama jakość dźwięku też nie wystarczy. Dziś możemy ją uzyskać w domowych warunkach. Dobry sprzęt, włączamy sobie II symfonię Mahlera i stajemy się częścią muzyki…

Dlaczego więc chodzimy na koncerty?
To tak, jakby porównywać podziwianie panoramy Tatr w naturze lub z pocztówki. Koncert to nie tylko muzyka na żywo, to spotkanie muzyków i melomanów. Wszyscy chłoną atmosferę w jednym czasie i miejscu. To są chwile niepowtarzalne. One zostają w nas.

Co sprawia, że jedna sala koncertowa staje się świątynią muzyki, miejscem uwielbianym przez melomanów, a do innej nikt nie zagląda?
To genius loci, harmonia i jakość pod każdym względem. Wróciłem niedawno z Amsterdamu, gdzie spotkałem się z Krystianem Zimermanem. Jak zawsze rozmawialiśmy o muzyce i projekcie dla NOSPR-u. Wieczorem zagrał w słynnej Concertgebouw – jednej z najbardziej uznanych sal koncertowych na świecie. Klasyczna architektura, płaska widownia. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego. Jednak aura niezwykłości związana z tradycją i oczywiście akustyka tworzą niezwykłą atmosferę. Grają tam najlepsi i przychodzą ci, którzy naprawdę doceniają, czym jest muzyka. Wszystko to sprawia, że miejsce staje się świątynią muzyki.

Ale pańskim zadaniem jest stworzyć to miejsce od podstaw. Rodzi się więc przyziemne pytanie, jak pogodzić doznania muzyczne z formami materialnymi? Czy cegły, drewno i szkło, to dobre nośniki muzyki?
Krystian opowiadał mi kiedyś o tym jak to fortepian teoretycznie nie powinien brzmieć dlatego, że jest zbudowany z wykluczających się materiałów.
Dla uzyskania efektu staraliśmy się wykorzystać wszystkie możliwe narzędzia, materiały, technologie i ludzi, którzy nam pomogą w osiągnięciu celu. Długo zastanawialiśmy się z jakiego tworzywa skomponować tę przestrzeń. Oczywiście chcemy, by sala była rozpoznawalna – kiedy słuchacz przyjdzie na koncert do sali NOSPR-u, musi wiedzieć, że słucha muzyki właśnie tutaj. Dwie rzeczy stały się bardzo ważne. Po pierwsze: widownia jest wokół sceny, melomani stanowią część tego, czym jest muzyka. Nie zapomnę, kiedy siedzieliśmy z Joanną Wnuk-Nazarową w sali koncertowej duńskiego radia. Nasze miejsca znajdowały się za orkiestrą. Dzięki temu, mogliśmy odnieść wrażenie, że  przez parę chwil byliśmy częścią orkiestry. To tak jakby jednocześnie tworzyć i słuchać muzyki. Tym niesamowitym doświadczeniem przekonałem panią dyrektor, żebyśmy zastosowali takie rozwiązanie w Katowicach. Po drugie: tworzywem sali NOSPR-u będzie drewno. Szukaliśmy materiału o bardzo dużej twardości, który jednocześnie stworzy niepowtarzalny klimat wnętrza. Użyliśmy sklejki brzozowej, która jest układana w poprzek – wszędzie widać jej obciętą krawędź, a nie lico. Cała sala jest kompozycją w technologii „birch-up”. Skomplikowane, nowatorskie, ale uzasadnione.  Chcemy, by sala pachniała, by działała na zmysł węchu – tak jak sala Symfonia w Akademii Muzycznej. Za niespełna dwa lata przekonamy się, co powstanie z tych wizji.