DSC_4183

Szkoda tkwić w jednym miejscu

Życie daje takie możliwości, że szkoda tkwić w jednym miejscu – uważa Adam Grządziel – właściciel Old Timers Garage w Katowicach (miejsca, w którym pewien prawnik zaczął śpiewać, znany lekarz założył kapelę rockową, a kilka starszych pań zaczęło stepować) i – jednocześnie m.in.: psycholog, kulturoznawca, przedsiębiorca, mechanik, lakiernik, blacharz, restaurator, przewodnik po Jerozolimie i Piotrowicach, archeolog-amator oraz kolekcjoner samochodów. Rozmowa o tym, jak człowiek się miota (między różnymi aktywnościami w życiu) i jak samochód stanowi w tym miotaniu rodzaj ostoi.


ROZMAWIA: Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Adrian Larisz

Adam Grządziel: Pyta pan, jak to jest miotać się pomiędzy wieloma aktywnościami? Przyznam, że mocno mnie to pytanie zdziwiło. Ale, że mam zawodową skłonność do autorefleksji, to od razu pomyślałem, że skoro tak to wygląda z boku, to może coś w tym jest. Faktycznie, jak ognia unikam pytania kim jestem, bo to tak, jakby się zapytać w co się ktoś ubiera albo co je. Byłem wychowywany w domu, gdzie bardzo ceniona była aktywność, zmienność i umiejętność dostosowania. Ojciec powtarzał, że trzeba potrafić zrobić wszystko, bo nie wiadomo, co nam życie szykuje. Może to właśnie tradycja i wpojone zasady zaowocowały tym, że czuję się wolny i żyję w przekonaniu, że mógłbym robić wszystko to, na co mam ochotę i wszystko to, do czego mógłby mnie zmusić los.

Bartłomiej Wnuk: Mówi się że, robiąc to, co się lubi nigdy się nie pracuje.
To podejście też zaszczepiam mojej córce i z satysfakcją widzę, że otwiera się ona na kolejne wyzwania i zdobywa coraz to nowe sprawności. Kończy studia psychologiczne, ale nieobca jest jej praca w gastronomii, w radio a nawet przymierza się do naprawy pierwszego silnika. Mam nadzieję, że też znajdzie swoją niszę, ale nie zamknie się w jednym kręgu czy jednym rodzaju aktywności. Bo życie przecież daje takie możliwości, że szkoda tkwić w jednym miejscu.

To prawda, ale przecież „pańska” psychologia twierdzi, że każdy dąży do samookreślenia. Precyzyjne zdefiniowanie swojego miejsca na świecie, sprzyja ponoć harmonijnemu byciu samemu ze sobą.
Studiowałem psychologię i kulturoznawstwo. Marzyłem też o archeologii, ale nie starczyło czasu. Udało się za to być blacharzem, lakiernikiem, handlowcem, kelnerem, technikiem teatralnym, przewodnikiem turystycznym, scenografem, projektantem i łączyć to wszystko jeszcze z podróżowaniem po świecie. Jednak to psychologia zawsze była mi najbliższa. Jestem jednak sceptycznie nastawiony do tego, co się dzieje z tą dziedziną współcześnie. Ta mnogość podejść, metod, szkół, sposobów na wyjaśnianie pokazuje, że nie jest to już moim zdaniem nauka, a raczej rodzaj religii. Myślę, i na tym opieram się zawodowo, że jedyna metoda to rozmowa prowadzona w sposób wyważony, bez przesadnej empatii, raczej bazująca na inspirowaniu i poruszaniu wyobraźni. Muszę przyznać, że znam wielu ludzi, którzy posługują się rozmową daleko lepiej niż zawodowi psychologowie – rzecz nie leży  w kształceniu się w tym kierunku (choć wiedza o mechanizmach oczywiście pomaga), a raczej w budowaniu wrażliwości i umiejętności współbrzmienia z rozmówcą. Często wykorzystuje pan ten talent? Wykorzystuję go w kontaktach z ludźmi – ofiarami Holokaustu, z którymi od lat pracuję, a raczej – przyjaźnię się, bo tak wolę określać nasze relacje. Właśnie to, że oni są moimi przyjaciółmi i wybrali mnie jako osobę, z którą chcą rozmawiać, opierając się na mojej metodzie, jest dla mnie szczególnym wyróżnieniem i satysfakcją. Moimi przyjaciółmi w rozmowach są też osoby publiczne, które z wielu względów nie chcą kierować swoich kroków do drzwi, na których wisi jakaś tabliczka.

Co jest najważniejsze w takim kontakcie?
Poczucie bezpieczeństwa i pewność, że nie chodzi tu o pieniądze czy inne motywacje, które często prowadzą do nadużyć w posługiwaniu się tzw. „psychologią”. O ile pamiętam, spotkaliśmy się przy okazji rozmowy o nowo powstającym pubie w Bażantowo Sport?

Zmienia pan temat.
Było mi miło, że mogłem podzielić się swoimi doświadczeniami, bo od paru lat projektuję wnętrza ze szczególnym uwzględnieniem elementów dekoracyjnych, które można określić jako „techniczne”. Tak więc nie tylko na papierze ale i w realu, dla fanów tego stylu wytwarzam kanapy, stoliki, lóżka, ba – nawet całe przestrzenie w oparciu o historyczne elementy pochodzące z samochodów, motocykli czy innych urządzeń technicznych. W tej samej konwencji zaaranżowałem miejsce, które też od jakiegoś czasu mocno mnie wciągnęło i w którym też się realizuję czyli Teatr & Klub Muzyczny Old Timers Garage.

Skąd pomysł, żeby otworzyć klub poza centrum Katowic? To nie za duże ryzyko?
W budynku dawnego kina Piast przy ul. Gen Jankego 132 istnieje miejsce, gdzie organizowane są koncerty, występy artystyczne, spektakle teatralne, wystawy oraz performance. Miejsce to różni się od innych tym, że chcemy z czasem wytworzyć zamkniętą społeczność odbiorców, która będzie współdecydować o tym, co się będzie działo w Old Timers Garage. A w Old Timers Garage słuchamy, patrzymy, myślimy a procesów tych nie psuje zapach kuchennego oleju. Co innego benzyna… Bo tutaj zawsze można oglądać rotacyjną ekspozycję oldtimerów, czyli zabytkowych samochodów z duszą. A dlaczego poza centrum? Ryzyko jest najciekawsze. Proste działania nie dają satysfakcji. A właśnie klub w takim miejscu, nienastawiony na zysk daje szansę na realizację kilku pasji naraz. A że nie w środku miasta? Przecież to tu tuż obok, w Bażantowie, wyrasta prawdziwe centrum Katowic. Lokalność nie oznacza, że coś jest gorsze, wręcz przeciwnie. Lokalność daje szansę na budowanie prawdziwych więzi, bez poczucia anonimowości. Człowiek może przyjść i powiedzieć: „Cześć, poproszę to, co zawsze”.
Właśnie w takim miejscu jak nasze można – opierając się o bar, przy dobrym drinku – dać sobie wsparcie psychologiczne, czy ot tak – po prostu pogadać. Można odsapnąć, oderwać się, przestać myśleć o kłopotach.
Można też zainspirować się tym, co dzieje się dookoła i odpowiedzieć sobie na pytanie: „Dlaczego i ja nie mogę zrobić czegoś szalonego?”. Czegoś, na co miało się ochotę przez całe życie, ale zabrakło czasu.

_DSC6938

Lubi pan to miejsce, prawda?
Największym bogactwem tego miejsca jest właśnie jego wymiar psychologiczno-społeczny. Bo właśnie tu można obserwować, jak ludzie zainspirowani tym, co i jak robimy w Old Timers Garage zaczynają się otwierać. Pewien prawnik zaczął śpiewać, znany lekarz wreszcie założył kapelę rockową, o której marzył w młodości, a kilka starszych pań zaczęło stepować… Każdy z naszych gości uśmiecha się, gdy wychodzi z koncertu czy ze spektaklu, więc czy może być lepszy sposób na odreagowanie w tych trudnych czasach? Zawiązują się też u nas więzi międzypokoleniowe. Wnuczek ciągnie babcię na koncert rockowy, a ona pokazuje mu, że koncert Adama Makowicza to uczta duchowa i niezapomniane przeżycie. W Old Timers Garage robimy coś fajnego i potrzebnego ludziom.

A samochody? Kiedyś, kiedy sporo pisałem o motoryzacji odkryłem, że są ludzie, którzy dziwią się, że w Biblii i innych świętych księgach nie ma ani słowa o samochodzie. Zapisałby się pan do takiego klubu?
No właśnie z Old Timers Garage nieodłącznie kojarzą się zabytkowe samochody. W sali koncertowej jest ich kilka, a w całej kolekcji ponad 30. Old Timers Garage jest również organizatorem Śląskich Zlotów Pojazdów Zabytkowych zrzeszających miłośników samochodów z duszą.

A ile pojazdów zabytkowych przeszło już przez pana ręce?
O, to już pewnie setki, bo od 35 lat jestem kolekcjonerem. I tu muszę się przyznać, że otarłem się w życiu o tzw. ślepą uliczkę kolekcjonerską – w zaślepieniu zacząłem gromadzić tyle pojazdów, że ich utrzymanie zaczęło przerastać moje możliwości finansowe. Zresztą nie jestem jedyną osobą, która cierpiała na tę przypadłość – tak było też z braćmi Schlumpf. Tych bogatych francuskich przemysłowców, wielka miłość do starych pojazdów przywiodła do bankructwa. Ale pozostało muzeum i życiowa nauka, z której ja wyciągnąłem w porę wnioski, ograniczając drastycznie liczbę pojazdów.

 Co tak właściwie pan widzi pod maskami tych zabytkowych samochodów?
Samochody – a zwłaszcza perły motoryzacji, zabytki na czterech kółkach – pozwalają na łączenie kilku moich pasji: psychologii, metafizyki, archeologii, analizy dzieł sztuki, sportu i podróży. Psychologia daje mi instrumenty, by szukać odpowiedzi na pytania kto i dlaczego kupił taki, a nie inny model, jakie były losy właścicieli, kim byli i dlaczego podejmowali określone decyzje. Niejako metafizyką jest tzw. przyciąganie się przedmiotów. Obserwowanie niezwykłych kolekcjonerskich zbiegów okoliczności, pozwala na śmiałe postawienie tezy, że to nie my zbieramy przedmioty, ale to one wykorzystują nas, żeby na powrót po rozproszeniu stać się całością. Wyjaśnianie kontekstu powstania danego pojazdu i poszukiwanie odpowiedzi, kim byli jego twórcy i właściciele to trochę taka motoryzacyjna archeologia. Związki pasji motoryzacyjnej ze sztuką są oczywiste, bo czymże były wszystkie samochody sprzed lat 50. jak nie dziełami sztuki? W ich projektowaniu uczestniczyli znakomici artyści, rzeźbiarze, architekci. Wówczas nie liczył się współczynnik CX, ale współczynnik „zapierania tchu w piersiach”. Wiele jest też ciekawych miejsc związanych z motoryzacją: tras, (żeby wymienić choćby słynną Mother Road – Route 66), czy żywych muzeów motoryzacji (takich jak np. Kuba), do których aż chce się podróżować. A sport? Kolekcjoner zabytkowych aut też znajdzie tu coś dla siebie, stając na starcie rajdów oldtimerów.

Dlaczego więc tak wielu ludzi decyduje się na tę drogę?
Jako psycholog mógłbym długo zastanawiać się nad przyczynami takich, a nie innych zachowań opętanych tą oto pasją ludzi. Mógłbym się podpierać teoriami o specyficznych cechach charakterologicznych, o mechanizmach racjonalizacyjnych, które pozwalają uciec w ten sposób od problemów. Można dowodzić wpływów kulturowych lub doszukiwać się realizowania podświadomych pragnień, odwołując się do myślenia psychoanalitycznego. To wszystko można robić i wszystko może brzmieć dość przekonująco. Pomimo mojego zawodowego przygotowania, im dłużej sam tkwię w tym pozornym nieszczęściu, na własna prośbę, tym bardziej myślę, że to wszystko nie jest prawdą. O co więc naprawdę chodzi? Nie wiem.

_DSC6950

Kolekcja Adama Grządziela

Według Adama Grządziela motoryzacja skończyła się w latach 60. XX wieku. Jako wytrawny kolekcjoner, właściciel Old Timers Garage doskonale wie jak kupować i… jak nie kupować samochodów. Zacznijmy od przeciwwskazań. Whisky zdecydowanie nie jest dobrym doradcą. Kiedyś, wieczorem, po koncercie, kupił przez Internet samochód z Nowego Jorku. Rano okazało się, że owszem – auto stoi w Nowym Jorku, ale nie w mieście Nowy Jork, a kilkaset kilometrów dalej – na przeciwnym krańcu stanu. A transport auta, które wymaga gruntownego remontu, to zawsze problem. Skoro o problemach mowa, to aby ich uniknąć, warto sobie zadać pytanie: jakim cudem nikt nie sprowadził jeszcze z Ameryki tego samochodu? „Będzie pierwszy w Europie” – brzmi dumnie, ale ten fakt może wynikać np. z gabarytów auta. Tak było w przypadku wozu strażackiego, który dotarł do warsztatu Adama Grządziela w ubiegłym miesiącu. Maszyna, po prostu nie mieściła się do żadnego kontenera. Na szczęście, zaprzyjaźnieni Indianie obcięli jeden bok wozu. W kolekcji Adama Grządziela są też inne perełki.

Do najcenniejszych należy ził 111 cabrio – samochód radzieckich dygnitarzy, którym oprócz Breżniewa, jechali także Fidel Castro i Jan Paweł II. Paradoksalnie, auto jest więc dziś relikwią III stopnia! W zbiorach Old Timers Garage znajduje się też m.in. pontiac silver streak z 1938 roku, należący niegdyś do Jana Kiepury oraz ford T w wersji speedster z 1914 roku. Późniejszą motoryzację reprezentuje delorean DMC-12 z 1981, który lada chwila zacznie przemianę w samochód bliźniaczy do tego, którym Martie McFly podróżował w czasie w kultowej trylogii „Powrót do przyszłości”.