_V6A9001

Skandal obyczajny

W naszych teatrach nie znajdziemy wielu kontrowersji. A przynajmniej tych obyczajowych. Bo nagość i seks nie bulwersują na Śląsku tak bardzo. Jak mówi Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego, są za to tematy, które budzą zdecydowanie większe emocje: śląskość, tożsamość, regionalna historia.

Rozmawia Łukasz Respondek
Zdjęcie główne Przemysław Jendroska

Robert Talarczyk.
W latach 2005-2013 dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, a od 2013 roku dyrektor Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Reżyser i współreżyser kilkudziesięciu spektakli, m.in. „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny”, „Żyd”, „Ballady kochanków i morderców”, „Krzyk wg Jacka Kaczmarskiego”, „Piąta strona świata”, „Wujek 81. Czarna ballada”. Występował w filmach Macieja Pieprzycy „Barbórka” i „Drzazgi”, w „Senności” Magdaleny Piekorz oraz „Ewie” Ingmara Villqista i Adama Sikory. Laureat wielu teatralnych nagród i wyróżnień.

 

Łukasz Respondek: W maju zeszłego roku Fundacja Obserwatorium Żywej Kultury zrealizowała na zlecenie Instytutu Teatralnego badanie w ramach kampanii „Bilet za 400 groszy”. Wynika z niego m.in. że mniej więcej co piąty widz w każdej grupie wiekowej wybiera spektakle awangardowe lub kontrowersyjne. Szukam ich na naszych śląskich afiszach i ze wskazaniem konkretnych pozycji mam problem.
Robert Talarczyk: Bo tak naprawdę można je policzyć na palcach jednej ręki.

W kategoriach skandalu był przez niektórych postrzegany plakat z „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”, gdzie twarz głównej bohaterki jest przekreślona swastyką. Mimo protestów, nie zrezygnowaliście z niego.
Wykupiliśmy duże billboardy we Wrocławiu, Krakowie i Katowicach. Co ciekawe, we Wrocławiu pomyśleli, że to jest spektakl Teatru Polskiego i zdjęli go poniekąd profilaktycznie, żeby uniknąć kolejnego skandalu. Na to my ostro zaprotestowaliśmy i billboard wrócił na swoje miejsce z wyraźnym logo Teatru Śląskiego. W Krakowie nie było problemów, natomiast u nas jedna osoba zgłosiła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Sprawa została oczywiście umorzona, bo mieliśmy opinię prawną, że nie gloryfikujemy symboli, tylko wręcz przeciwnie, pokazujemy sytuację, kiedy artysta miesza się w politykę i co może z tego wyniknąć. Ta sytuacja dowiodła jednak, że sztuka bulwersuje inaczej w różnych miejscach naszego kraju. Podejrzewam, że gdyby ten plakat trafił do stolicy, to afera byłaby największa. Skandal, w zależności od miejsca, może być bardzo różnie postrzegany. Na Śląsku niektóre tematy mogą przejść bokiem, inne – wywołać prawdziwą burzę.

Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że wątki polityczne, również te o historii Śląska, mogą tutejszych widzów bulwersować bardziej niż nagość i – zdaniem niektórych – nieobyczajne zachowania aktorów na scenie?
Największy skandal, jaki „udało mi się” wywołać, miał związek ze spektaklem „Miłość w Koeningshutte”, gdy byłem dyrektorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Jeżeli miałbym zrobić widowisko, które budzi kontrowersje i rezonuje na cały kraj, to wolałbym, żeby był to spektakl o relacjach polsko-śląskich. Bo pokazywanie golizny czy seksu na scenie to już nic nowego Skandal w sztuce jest zawsze mile widziany, dobrze robi społeczeństwu. Przewietrza głowy. Natomiast nie powinien przyćmiewać całej reszty.

Opowiadał o obozie koncentracyjnym w Śwętochłowicach-Zgodzie. Poseł Stanisław Pięta wnioskował wtedy o zwolnienie mnie za prowadzenie antypolskiej polityki w teatrze. A akurat tak się złożyło, że wcześniej zrobiliśmy spektakl „Bitwa o Nangar Khel” o słynnym ostrzale wioski w Afganistanie, a także „Żyda” – przedstawienie o polskim antysemityzmie, które miało swoją premierę tuż przed wydaniem książki Tomasza Grossa „Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka”. Odpowiadając wprost na pana pytanie: jeżeli miałbym zrobić widowisko, które budzi kontrowersje i rezonuje na cały kraj, to wolałbym, żeby był to spektakl o relacjach polsko-śląskich. Bo pokazywanie golizny czy seksu na scenie to już nic nowego. Zachęcam do wybrania się na „Leni…” do Szybu Wilson. Mnóstwo tam nagich ciał, wprawdzie pomalowanych złotą farbą, ale jednak. A poważnie, to spektakl o uwikłaniu artysty w politykę i pętli zaciskającej się na jego szyi. I nie o nagie ciała tu idzie, ale o sprawy dużo poważniejsze. To spektakl o wolności artysty w totalitarnym państwie

RT-5Fot. Grzegorz Goik

I nie ma pan wrażenia, że Ślązacy są jednak bardziej pruderyjni w porównaniu na przykład do mieszkańców centralnej Polski? Że nagość wolimy oglądać jednak we własnej sypialni, najlepiej po ciemku?
Jeżeli u Ślązaków zostanie przekroczony jakiś limit tolerancji wobec spraw związanych z religią i obyczajowością, to po prostu się odwracają. Na „Golgotę Picnic” przyszła wprawdzie grupa pań, które kropiły nas święconą wodą, ale w porównaniu z Wrocławiem czy Warszawą to była garstka. Ślązacy patrzą na to z niesmakiem, ale nie okazują tego. Raczej omijają z daleka, co w efekcie jest jeszcze gorsze, bo, gdy inni widzowie wracają na następny spektakl szukać kolejnych skandali, oni zwyczajnie wyłączają zainteresowanie i na dłuższą metę mogą nawet zrezygnować z chodzenia do teatru. Jednak skandal w sztuce jest zawsze mile widziany, dobrze robi społeczeństwu. Przewietrza głowy. Natomiast nie powinien przyćmiewać całej reszty, czyli tak zwanego przesłania, tezy czy puenty spektaklu. I tak mam wrażenie było właśnie w przypadku „Miłości w Koeningshutte”, gdzie wychodząc z teatru ludzie płakali, zaś polityczny podtekst wypłynął niejako przypadkiem, bez wyrachowania ze strony twórców. Taki „skandal” jest dla mnie mile widziany, bo zawsze najpierw jest człowiek, a potem jego polityczny kontekst.Ale to kolejny – po „Cholonku”, „Piątej stronie świata”, „Westernie”, po „Polterabend”, a ostatnio „Wujku. 81. Czarnej balladzie” – spektakl o trudnej historii regionu.

Jak zatem zdefiniować potrzebę i powodzenie tego typu sztuki?
Widownia na Śląsku była odcięta od tej tematyki w teatrze. Kilka fantastycznych obrazów Kazimierza Kutza stworzyło wspaniałą mitologię filmową. Ale jeżeli chodzi o teatr, to tematyka Śląska albo nie była w ogóle podejmowana, albo prezentowała go z perspektywy kolonizatorów. Wychodziła z tego jakaś hybryda źle mówionej gwary i niezrozumienia śląskiej specyfiki. Dopiero „Cholonek” otworzył drzwi dla Śląska w teatrze w całej jego autentyczności historii i języka.

Pojawiały się też historie, które ukazywały ten region i jego mieszkańców w sposób ludyczny, krupniokowo-piwny. Mam tu na myśli m.in. „Pomstę” i „Zolety” Mariana Makuli.
Sam w nich uczestniczyłem przed wielu laty. Całość oczywiście była sympatyczna, ale w przekazie dosyć prosta i nieskomplikowana, zanurzona w estetyce kabaretowej. Nie podejmowała tematów tożsamości i wynikających z niej problemów. Natomiast w „Cholonku”, „Piątej stronie świata” czy w „Wujku 81. Czarnej balladzie” widzowie na scenie widzieli siebie, bo staraliśmy się do tych projektów angażować ludzi autentycznie związanych z regionem i dobrze czujących się w śląskiej gwarze.

Zwyczajny świat Ślązaków – kachlok,byfyj, gipsdeka – stawał się czymś więcej, światem, w który wchodziła sztuka. Po latach czucia się kimś grszym, tutejsi widzowie w końcu mogli poczuć dumę

Z drugiej strony, te przedstawienia miały w sobie metaforę, która uwzniośla ludzi, sprawia, że widzowie czują się lepsi. Ich zwyczajny świat – kachlok, byfyj, gipsdeka – stawał się czymś więcej, światem, w który wchodziła sztuka. Po latach czucia się kimś gorszym, kimś niedorobionym, bo skażonym gwarą, zakrętami historii niezrozumiałymi z perspektywy Warszawy, w końcu mogli poczuć dumę. Uwierzyli w to, że są wyjątkowi, bo żyją w wyjątkowym miejscu. I dzięki temu, że wciąż tak myślą, te spektakle nadal cieszą się ogromnym powodzeniem. „Cholonka” gramy od 13 lat, a „Piątą stronę świata” od 4.

Jeżeli mówimy o popularności konkretnych tytułów, to ze wspomnianych na początku badań wynika, że aż 43 procent respondentów wybiera w teatrze „coś relaksującego”: musicale, operetki, komedie. „Wujek 81. Czarna ballada” także sięga po gatunek wywodzący się z tradycji muzycznej. Czy to sposób na poprawę frekwencji?
Akurat forma tego spektaklu na pewno nie wynikała z koniunkturalizmu, tylko z mojej potrzeby operowego opowiedzenia tej historii – dzięki formie ballady, tragiczne losy bohaterów są bardziej metaforyczne, uwznioślone. Oczywiście, lżejsze formy zawsze będą się cieszyć większym powiedzeniem niż sztuka trudniejsza. Dlatego kryminały Katarzyny Bondy sprzedają się w milionach egzemplarzy, a poezje cenionej przeze mnie Ewy Lipskiej co najwyżej w kilkuset egzemplarzach. Wartościowanie tego nie ma sensu. W Teatrze Śląskim od jakiegoś czasu staramy się łączyć ogień z wodą. Nie zamykamy się na przykład na formy muzyczne – ostatnio graliśmy „Skazanego na bluesa” w poznańskiej Arenie dla czterech tysięcy ludzi. Ale ja wolę formy bardziej skomplikowane i trudniejsze w odbiorze. Jako jedyny instytucjonalny teatr dramatyczny w Katowicach, w stolicy 3,5-milionowej aglomeracji, powinniśmy spełniać oczekiwania różnych widzów, ale mieć przy tym charakterystyczny rys. Naszym wyróżnikiem jest poszukiwanie śląskiej tożsamości w teatrze i różne sposoby nieoczywistego odczytania klasyki, czego przykładem jest „Wesele” w reżyserii Marcina Rychcika czy „Słowo o Jakóbie Szeli” Michała Kmiecika.

W ostatnim czasie klasyki można też szukać w siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Jak jej otwarcie wpłynęło na waszą publiczność?
NOSPR trzeba odwiedzić koniecznie. Na początku – nie ukrywam – odebrał nam trochę widowni, ale teraz widać, że wizyta w jednej z najlepszych sal koncernowych na świecie, nakręca również do dalszego bycia w kulturze i pójścia na przykład do teatru. W zeszłym roku mieliśmy widownię o 18 tysięcy większą niż w 2015 r. Organizowaliśmy w teatrze wiele akcji promocyjnych, od „Biletu za 400 groszy” po „Piątki za piątki”. Niektóre organizował Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, inne proponowaliśmy naszym widzom sami.

5ss fot K.Lisiak img_7659„Piąta strona świata” w reżyserii Roberta Talarczyka (fot. Krzysztof Lisiak)

Może to dowód na to, że w społeczeństwie jest duża potrzeba chodzenia do teatru. Tylko ciągle trudno mu właśnie na rzecz teatru zrezygnować z innych rzeczy.
Ludzie uwielbiają promocje. Świetnie się to sprawdziło w przypadku Galerii Katowickiej. Mieliśmy tam dosyć ciekawą akcję: jeżeli ktoś zrobił zakupy za minimum 100 złotych, to dużo taniej mógł wejść na jeden z trzech spektakli, które tam graliśmy. Ludzie przychodzili z nowymi jeansami, na zasadzie „chodź matka, zobaczymy, co to jest”. Często nie mieli zielonego pojęcia, czym jest teatr, a my – trochę na przekór – nie proponowaliśmy fars, tylko spektakle trudniejsze. I ci widzowie, mimo że często nie do końca rozumieli, o co chodzi, to wychodzili poruszeni i zaintrygowani. Zabierali do domu nowe spodnie, ale i kawałek sztuki. Zarażaliśmy ich teatrem. Tym samym wracaliśmy do istoty teatru jako części życia tak nam potrzebnej jak posiłek, sen czy odzienie. Człowiek pozbawiony wzruszenia, które daje sztuka, staje się tylko bezmyślnym przeżuwaczem papki telewizyjnej.


 

Talarczyk poleca. Subiektywnie
W Teatrze Śląskim w ostatnich latach mieliśmy cztery hity: „Piątą stronę świata”, „Morfinę”, „Skazanego na bluesa” i teraz „Wujka 81. Czarną balladę”. Jeździmy z tymi spektaklami, ale też zapraszamy gości z innych części Polski. Zdobywamy nagrody na festiwalach. Frekwencja w ostatnim miesiącu wyniosła u nas ponad 93%. W Teatrze Rozrywki zachęcam do obejrzenia musicali „Młody Frankenstein” i „Billy Elliot”. Dużym wydarzeniem będzie tam wkrótce prapremiera „Bulwaru zachodzącego słońca” według Andrew Lloyda Webbera. Znakomity jest monodram w wykonaniu Grażyny Bułki „Mianujom mie Hanka” w Teatrze Korez. Dużo się dzieje. A ja się z tego faktu bardzo cieszę, bo nic nam wszystkim nie robi tak dobrze, jak konkurencja…