IMG_7613

Pospolite ruszenie

Ruch nie jest łatwy. Zwykle źle siedzimy, a co dopiero mówić o bardziej złożonych czynnościach. Ale nagle zapragnęliśmy ruszać się więcej: biegamy, pływamy, jeździmy na rowerze. Trwa nowe pospolite ruszenie, a ortopedzi i rehabilitanci mają pełne ręce roboty. O tym, jak ruszać się, siedzieć i oddychać rozmawiamy z dr. hab. Krzysztofem Fickiem, ortopedą traumatologiem i specjalistą medycyny sportu.

ROZMAWIA: Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Mikołaj Suchan

Bartłomiej Wnuk: Jadąc do Bierunia, usłyszałem w radio reklamę imprezy biegowej, minąłem kilku ludzi z kijkami, wyprzedziłem paru rowerzystów. Jak pan ocenia nasze nowe narodowe pospolite ruszenie?
Krzysztof Ficek: „Pospolity” znaczy często spotykany i zwyczajny, ale też cechujący się odrobiną szorstkości. I taki właśnie jest nasz ruch. Jeśli dotąd nawet siedzieliśmy i staliśmy niewłaściwie, to co dopiero powiedzieć o bardziej złożonych czynnościach jak bieg czy jazda na rowerze.

A zdawałoby się, że to sytuacja, w której wszyscy wygrywają: człowiek ma endorfiny i lepszą sylwetkę, producenci odzieży sprzedaż, ministerstwo zdrowia profilaktykę…
… a lekarze i fizjoterapeuci pacjentów.

Aż tak źle się ruszamy?
Założenia są słuszne – warto się ruszać, bo w życiu człowieka nie ma nic bardziej naturalnego niż ruch. Ruch jest bardziej pierwotny niż myśl: człowiek rusza się już w łonie matki, porusza się nawet, kiedy śpi (pracują serce i mięśnie oddechowe) i – podążając tym tropem – dobrą stroną naszego pospolitego ruszenia jest podkreślenie roli ruchu, który dotąd bywał deprecjonowany jako prymitywna aktywność ludzka. Odbijało się to nawet w świecie naukowym, w którym ludzie zajmujący się kulturą fizyczną byli traktowani z przymrużeniem oka. A tymczasem okazało się, że nie jest to dziedzina ani błaha ani prosta.

A zła strona?
Gdybyśmy tylko zachowali adekwatność celów do środków i metod…

Jeśli wybiegam pierwszy raz do parku to nie zakładam, że za miesiąc przebiegnę półmaraton?
I przede wszystkim pamiętam, że czasy szkoły średniej minęły dawno lub bardzo dawno temu.

Jak zatem brzmi diagnoza?
Źle szacujemy swoje możliwości i ulegamy presji – chcemy dorównać idolowi w sporcie profesjonalnym (iluzja) lub rówieśnikom w pracy i pomijamy fundamentalną fazę przygotowania motorycznego. Na dodatek, nawet nasze najbardziej podstawowe nawyki ruchowe bardzo odbiegają od ideału. Nie potrafimy poprawnie siedzieć, chodzić, oddychać. Wierzymy w jakość sprzętu i w nim szukamy rozgrzeszenia dla naszej lekkomyślności. Kupujemy drogą rakietę do tenisa, „kosmiczne” buty do biegania i myślimy, że to nas podniesie na poziom wyczynowy. A mistrz tenisa stołowego Andrzej Grubba ogrywał ludzi patelnią do smażenia jajek.

Historia ze ścian
Ściany Galen-Ortopedia to historia polskiego sportu. Wszystko za sprawą zadowolonych sportowców, którzy zostawiają lekarzom i fizjoterapeutom swoje koszulki, rękawice, krążki i piłki. Znajdziemy tu m.in. koszulkę Artura Siódmiaka, który rzucił Norwegom słynną bramkę przez całe boisko, koszulkę upamiętniająca sukcesy Widzewa Łódź w Lidze Mistrzów (aktualnie klub gra w IV lidze) oraz krążek ofiarowany przez Henryka Grutha, jedynego polskiego hokeistę przyjętego do Galerii Sławy IIHF (Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie).

Wszystko robimy źle?
Źle nie znaczy patologicznie, ale jeśli stawiamy sobie wyższe wymagania – „za pół roku wystartuję w półmaratonie, a za rok zaatakuję dystans maratoński”, to musimy zwrócić uwagę na formę zdolności motorycznych. Geneza problemu leży w dzieciństwie: ucząc dzieci nawyków ruchowych, musimy być przekonani, że naśladują poprawny wzorzec, ale jeśli my coś źle robimy, to dziecko też to powtarza i utrwala. To rodzice, nauczyciele i wychowawcy są odpowiedzialni za wprowadzenie poprawnego wzorca ruchowego, a w praktyce często robią to dopiero fizjoterapeuci po już przebytym zabiegu w obrębie narządu ruchu. Jest jeszcze jeden czynnik, który sprawia, że kontuzje są tak powszechne – brak odpowiednio urozmaiconej infrastruktury.

Tylko w ramach rządowego projektu „Moje Boisko Orlik 2012” powstało ok. 2600 kompleksów nowoczesnej infrastruktury sportowej. To mało?
To bardzo dużo! Świetnie, że rząd zbudował „Orliki” i dzieciaki nie muszą już grać na asfaltowych czy żużlowych boiskach, ale proszę zwrócić uwagę na fakt, że matką wszystkich dyscyplin sportowych jest lekkoatletyka, a infrastruktury lekkoatletycznej jest jak na lekarstwo.

IMG_7528_2

Dr hab. Krzysztof Ficek
Specjalista ortopeda traumatolog, specjalista medycyny sportowej, profesor Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Lekarz reprezentacji Polski w różnych dyscyplinach (m. in. w hokeju na lodzie, kolarstwie, biathlonie i judo). Współzałożyciel i członek zarządu Europejskiego Towarzystwa Treningu Sportowego i Terapii. Założyciel ośrodka medycznego Galen-Ortopedia w Bieruniu, Fundacji Galen i współzałożyciel Galen Rehabilitacji, która od września tego roku prowadzi działalność także w Bażantowo Sport.

ONZ ogłosił pierwsze dziesięciolecie XXI wieku mianem Dekady Kości i Stawów. Kontuzje są aż tak powszechne?
Są i odpowiada za nie nie tylko brak prawidłowej techniki ruchu, ale także znikoma wiedza o tym, jak przygotować się do wysiłku. Przykładowo ludzie, którzy uprawiają triatlon pływają już o 5-6 rano, potem pracują zawodowo, a wieczorem trenują na ergometrze. A tymczasem organizm ma określoną pojemność energetyczną i każda praca powinna być równoważona regeneracją. W innym przypadku zaciągamy dług, który prędzej czy później przyjdzie nam spłacić, a efekty tego kredytu widać szybko –  w mniejszej wydolności ścięgien, mięśni i więzadeł.

„Sport to zdrowie”?
Amatorzy nie żyją z uprawiania sportu i w ich przypadku powinna obowiązywać ta maksyma, a sam sport powinien dawać dobre samopoczucie, poprawę kondycji i przyjemność. Co innego sport profesjonalny, w którym najczęściej sprawdza się powiedzenie: sport to zdrowie… tracone.

I to mimo sztabu lekarzy i fizjoterapeutów, którymi obudowują się najlepsi?
Sportowcy traktują swoją aktywność zawodowo i zarobkowo, co niestety nie przekłada się dla nich na korzyści zdrowotne. Ale ma to swoją specyfikę. Dla przykładu: większość szczypiornistów, z którymi pracuję ma taką degradację chrząstki stawowej kolan, że tzw. „normalny” człowiek nie zszedłby w tym stanie ze schodów. A oni grają na najwyższym światowym poziomie. Wiele do powiedzenia ma tu „fizjomotoortopedia” (neologizm, którego używam dla zobrazowania strategii postępowania) polegająca na troskliwym rozwijaniu indywidualnych zdolności motorycznych przez fizjoterapeutów i ortopedów. Ma ona zresztą zastosowanie również w przypadku sportowców amatorów.

Pracując z wieloma mistrzami Europy i świata oraz medalistami igrzysk olimpijskich, poznał pan współczesny sport od podszewki. Jaką pozycję zajmuje w nim lekarz – może czegoś zabronić zawodnikowi, powiedzieć: „nie rób tego, już nie będę mógł ci pomóc”?
Rola lekarza sprowadza się nie tylko do doraźnego zaopatrzenia i oczywiście żaden nie podejmie decyzji, której skutki zagrażałyby zdrowiu zawodnika. Faktem jest, że przy ciągłym wzroście wymagań dotyczących lepszych rezultatów, rośnie rola zaplecza, w którym najważniejszą odpowiedzialną za wynik osobą jest trener. Oczywiście, zawodnik wciąż jako pierwszy konsumuje sukces, ale to jest trochę tak jak w restauracji, gdzie za dobry posiłek dziękujemy kelnerowi, a sporządził go anonimowy kucharz.

W środowisku sportowym mówi się, że jak zawodnik „rozwali” kolano, to trzeba iść do Ficka. A jak już Ficek powie, że nic się z tym kolanem nie da zrobić, to jest koniec kariery.
Na Śląsku jest wiele ośrodków ortopedycznych na dobrym poziomie, a karierę sportową można przerwać ze względów neurologicznych i kardiologicznych, ale bardzo rzadko przerywa się ją ze wskazań narządu ruchu. Nawet w najtrudniejszych przypadkach staram się szukać wyjścia z sytuacji, chociażby poprzez ukierunkowanie chęci uprawiania sportu w inną stronę. Jeśli już ktoś faktycznie rezygnuje, to raczej z wewnętrznego przekonania niż z obiektywnych wskazań.

Nasza medycyna nie bywa bezradna?
Spokojnie możemy wyjść z kompleksu, że wszystko w medycynie zachodniej przerasta nas o niebo, ale pewnych praw nie zmienimy: kategoria pieniądza nie idzie w parze proporcjonalnie z kategorią efektu leczenia.

Chce pan powiedzieć, że z Bierunia jest równie blisko do Londynu i Nowego Jorku, co do Katowic?
Mniej więcej.

Skąd pomysł, aby to właśnie tutaj ściągać nasze sportowe sławy?
Miejsce jest bardzo dobre – pomiędzy dwoma lotniskami, blisko autostrady i na bardzo usportowionym terenie – z jednej strony Śląsk, z drugiej Małopolska. A operujemy i rehabilitujemy nie tylko sławy. Piłkarz z ligi okręgowej ma taki sam dostęp do najnowocześniejszych technik i urządzeń, jak zawodnik reprezentacji Polski.

Mały Bieruń zawieszony na mapie Śląska, a w nim Paweł Nastula, Maja Włoszczowska, szczypiorniści Vive Tauron Kielce i wiele, wiele innych sław sportu, które przewinęły się przez mury kliniki od początku milenium. Jak udało się panu ściągnąć tak wielu znakomitych zawodników?
Nie bez znaczenia jest kilka spektakularnych sukcesów, które szerokim echem odbiły się w mediach. Pomaga też poczta pantoflowa i, przede wszystkim, dobra komunikacja ze sportowcami. Sam uprawiam sport i staram się to zaszczepić każdemu młodemu lekarzowi, który robi u nas specjalizację (nie przez przypadek naszym zapleczem socjalnym są korty do tenisa i badmintona oraz boisko do koszykówki). Żeby zrozumieć wszystkie bolączki zawodnika, najlepiej spróbować danej dyscypliny na własnej skórze i poznać namiastkę bólu wysiłkowego, który jej towarzyszy. W moim przypadku zaczęło się od piłki nożnej, ale i bardzo szybko się skończyło, bo nie rokowałem wyżyn, o których marzy każdy chłopak. Potem był epizod bardziej zorganizowany – piłka ręczna na poziomie kadry Śląska młodzików. Oczywiście, po drodze pojawiły się naturalne formy ruchu, jak rower, pływanie, narty czy tenis.

Teraz Galen działa także na osiedlu Bażantowo. Będzie więcej takich przyczółków dla kliniki?
W Katowicach zaczęła działać druga z naszych spółek – Galen Rehabilitacja. Pojawiliśmy się w miejscu, w którym ludzie na co dzień uprawiają sport, więc nasi pacjenci będą mieli do dyspozycji już nie tylko tradycyjną fizjoterapię, ale i możliwość powracania do naturalnego dla nich ruchu pod okiem specjalistów.

Nowe miejsce oferuje też nieco bardziej rozbudowane sportowe zaplecze socjalne dla Pańskich pracowników. Zobaczymy pana na kortach Bażantowo Sport?
Już wielokrotnie korzystałem z tego obiektu.  Poza tym dużo biegam po okolicy. Bieganie pozwala uciec na nogach, oddalić się od świata. Ale nie za daleko i nie za szybko, tak by móc spokojnie wrócić.