lato2016okl

Muzyczna Mapa Miejsc

Pomiędzy Mysłowicami, Barceloną, Reykjavikiem i Seattle spotykamy się z Arturem Rojkiem w jego biurze w Katowicach, by sporządzić muzyczną mapę miejsc, które są mu na tyle bliskie, że co roku łączy je wszystkie na terenie swojego OFF Festivalu, najbardziej eklektycznej imprezy muzycznej w Polsce.

ROZMAWIA: Bartłomiej Wnuk
ZDJĘCIA: Jacek Poremba, Michał Murawski

lato2016ar1

Artur Rojek

Lider, kompozytor, autor tekstów, wokalista, promotor. Przez 20 lat frontman Myslovitz, jednego z najpopularniejszych zespołów w Polsce, z którym dowiódł, że można pogodzić ambitne granie inspirowane zachodnią alternatywą z masowo czytelną formułą popowego przeboju. Pomysłodawca i dyrektor artystyczny OFF Festivalu – najlepszej imprezy z muzyką niezależną w Polsce. Festiwal odbywa się nieprzerwanie od 2006 roku i od początku jest jednym z najwyżej ocenianych tego typu  festiwali w Europie. W 2014 roku nagrał pierwszy solowy album studyjny „Składam się z ciągłych powtórzeń”, który otrzymał nagrodę Fryderyka w kategorii Album Roku Pop (2015).

I. MYSŁOWICE 

Bartłomiej  Wnuk: Jak brzmiał twój dom rodzinny w Mysłowicach?

Artur Rojek: Pierwsze dźwięki, które do mnie docierały generowała moja babcia, która przy różnych okazjach grała na harmonijce ustnej i flecie prostym, a do tego śpiewała. Muzyka przyszła z czasem, a konkretnie razem z moim pierwszym magnetofonem kasetowym, który dostałem, kiedy zacząłem szkołę podstawową.

Pamiętasz swoją pierwszą kasetę?

Pierwsza kaseta była czysta i na tej kasecie rejestrowałem rzeczy, które słyszałem w radiu. Nagrywałem wszystko, co miało formę popularnej piosenki. Moją skarbnicą były radiowe Jedynka i Trójka, ale nagrywałem też piosenki od kolegów, głównie podczas obozów sportowych, na które każdy zabierał swój magnetofon. Jeśli był kabel, to łączyliśmy je, a jak nie – to przegrywaliśmy na zasadzie głośnik do głośnika. Jakość była straszna, ale się słuchało.

A pierwszą nagraną?

Jedną z pierwszych była prawdopodobnie kaseta  z przebojami Marka Grechuty z sercem na okładce. Mam ją do dzisiaj.

Jak długo trwała ta edukacja muzyczna w Mysłowicach – czas, po upływie którego stwierdziłeś, że chciałbyś zrobić z muzyką coś więcej niż tylko jej słuchać?

W pierwsze lata tej „edukacji muzycznej” miały w sobie jeszcze sporo zbieractwa. W wieku 10-11 lat poznałem zespół Pink Floyd i dostałem w prezencie swój pierwszy adapter – ekskluzywny, jak na tamten czas, gadżet. Zacząłem kupować płyty analogowe wszędzie, gdzie tylko się dało: od giełdy samochodowej w Mysłowicach, po Węgry, Związek Radziecki, Czechosłowację i NRD, dokąd jeździłem na obozy sportowe. Poznawałem nowych ludzi, a oni pokazywali mi swoją muzykę i tak przez Falco (jedno z moich pierwszych nagrań), Grechutę i Floydów dotarłem do U2 – pierwszego zespołu, którego nazwę wymalowałem sobie na koszulce. To był okres płyt „October” i „War” i trwał do czasu „Rattle and Hum”, która choć przełomowa dla samego U2 (otworzyła przed nimi rynek amerykański), to do mnie nie trafiła. Za to zacząłem chłonąć brytyjską muzykę gitarową.

Mysłowice były jak Manchester?

Bez przesady, choć faktem jest, że pod koniec lat 80. wszystkie liczące się lokalnie zespoły grały muzykę inspirowaną właśnie tym, co działo się wtedy na Wyspach Brytyjskich. Najbardziej znany był Generał Stilwell, który dla mnie był linkiem do tego, czym zacząłem interesować się później.

Przygoda ze sportem dobiegała końca i trzeba było szukać nowego hobby?

Tak się złożyło, że właśnie w czasie, kiedy postanowiłem zrobić  z muzyką coś więcej niż tylko jej słuchać, rozkwitała scena manchesterska. Ale większy wpływ miał na mnie nurt shoegaze’owy, w którym było więcej mroku i buntu. W konsekwencji kilku wydarzeń powstał zespół Myslovitz…

… który w 2005 roku obchodził swoje urodziny na kąpielisku Słupna w Mysłowicach. To kolejne muzyczne miejsce związane z twoim rodzinnym miastem.

To miejsce świetnie się sprawdziło, jako lokalizacja dla tamtego wydarzenia, więc gdy postanowiłem zorganizować festiwal wiedziałem, że nie może odbyć się nigdzie indziej, jak na Słupnej. Miałem tylko jedną obawę: zanim przyjechali tam ludzie, myślałem, że miejsce to będzie dla nich średnio interesujące – że basen jest stary i zaniedbany, że huśtawki odrapane, skocznia jak sprzed 20 lat, teren nierówny, a zaplecze hotelowo-restauracyjne bardziej nadaje się na niezbyt wyrafinowane wesele niż dla artystów. Tymczasem, przyjechali ludzie i spojrzeli na to miejsce zupełnie inaczej – dostrzegli klimat, a ja wtedy po raz pierwszy zobaczyłem je ich oczami.

lato2016off2Fot. Jacek Poremba

II. KATOWICE

Dolina Trzech Stawów w Katowicach, do której „przeprowadziłeś” festiwal w 2010 roku, nie wydawała się w tym zestawieniu zbyt zwyczajna?

Mysłowice nie chciały już ze mną współpracować i wyprowadzka była koniecznością. Kiedy OFFem zainteresowały się Katowice, jedną nogą byłem już we Wrocławiu, ale miasto nalegało, bo musiało się czymś wykazać, jako kandydat do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 i mój festiwal był istotnym elementem tej układanki. Zgodziłem się i nie żałuję – miasto bardzo się zaangażowało i nagle znalazłem się w miejscu, w którym poczułem, że komuś zależy, aby tę imprezę rozbudowywać.

Ale tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 nie zdobyło.

Impuls, który wtedy powstał, promieniuje do dzisiaj. Katowice stały się miastem przyjaznym dla muzyki, wszystkie muzyczne festiwale, które się tu odbywają mają bardzo wysoki poziom artystyczny i rozpoznawalność w Polsce i poza nią. A same Katowice mają tytuł Miasta Kreatywnego UNESCO jako Miasto Muzyki. Powoli i konsekwentnie budują atmosferę dobrze rozwijającego się miasta, otwartego i przyjaznego dla różnych grup odbiorców kultury, co wymaga systematycznego dokładania do ognia.

Wróćmy zatem do Doliny Trzech Stawów. Pole i tyle.

Przyznaję, że początkowo Dolina Trzech Stawów wydawała mi się zbyt zwyczajna. Brakuje jej „oldskulowości”, jak na Słupnej, ale za to są większe możliwości aranżacji terenu i lepsze zaplecze dla imprezy masowej. Jednakże, w trakcie festiwalu to miejsce, które czasem trudno poznać.  Pojawiają się sceny, restauracje, kafejki, food trucki, lampki, hamaki, leżaki, neon i balkon na bramie wejściowej – słowem: szereg rzeczy, które sprawiają, że wchodząc na teren festiwalu, publiczność przenosi się do innego świata. Wszystko odbywa się bez szkodliwej ingerencji w teren, bo OFF jest jednym z trzech najbardziej ekologicznych festiwali w Europie (nominowano nas w tym roku do tej nagrody podczas European Festival Awards w Holandii).

 III. REYKJAVIK, BARCELONA, LONDYN

Czy w innych festiwalach muzycznych szukasz inspiracji do kształtowania tej przestrzeni?

Organizacja festiwalu wiąże się z zapewnieniem określonego standardu. Festiwale skupione na muzyce różnią się między sobą detalami, niespodziewanymi rozwiązaniami. O ile czas mi na to pozwala, sam bywam na Iceland Airwaves w Reykjaviku, Primaverze w Barcelonie i Wilderness pod Londynem.

Islandia to szczególne miejsce na muzycznej mapie świata – ma najwyższy współczynnik liczby artystów do obywateli. Jaki jest ich festiwal?

Typowo miejski – odbywa się w klubach Reykjaviku, gdzie na co dzień funkcjonuje mnóstwo przestrzeni koncertowych. Właśnie tam pierwsze kroki stawiali Björk, Múm, GusGus czy Sigur Rós. Równie mocno skupiona na muzyce jest katalońska Primavera, która z kolei odbywa się w Parc del Forum usytuowanym bezpośrednio przy plaży. Jeszcze inny jest Wilderness, który odbywa się w starym brytyjskim parku, ale akurat podczas tego festiwalu to nie muzyka, a atmosfera pełni główną rolę. Podczas Wilderness przeżywamy więc różne doświadczenia – oprócz słuchania koncertów, możemy zobaczyć spektakle teatralne, cyrkowców, czarodziei, zagrać w krykieta, a nawet skorzystać z sauny czy jacuzzi.

Ludzie, którzy bywają na takich festiwalach nie nudzą się Katowicami?

Katowice są dla nich bardzo oryginalne. Nie ma tu takiego pędu, są za to specyficzni ludzie, oryginalna architektura i przede wszystkim dobry, autorski program.

lato2016ar2Fot. Michał Murawski

IV. SEATTLE

Podczas twojego autorskiego festiwalu co roku bardzo mocno jest akcentowana obecność miasta Seattle.

Seattle… swego czasu mieszkałem tam przez kilka miesięcy, uczestnicząc w życiu kulturalnym miasta. Seattle jest bardzo pięknie położone: niedaleko gór, z niezliczonymi jeziorami wokół i z dostępem do oceanu. Słowem: raj dla miłośników przyrody. W tym właśnie raju pod koniec  lat 80. rodziła się scena grunge i wytwórnia Sub Pop, która odkryła takie zespoły, jak: Nirvana, Mudhoney, TAD  i Soundgarden. Jonathan Poneman, który razem z Brucem Pavittem założył Sub Pop, od 2009 jest stałym gościem OFF Festivalu i stąd obecność takich formacji, jak: Mass Gothic i Mudhoney w programie tegorocznej imprezy.

V. SIEĆ

Oprócz artystów z Northwest Pacific, na tegorocznym OFFie swoich reprezentantów będą miały m.in. scena nowojorska i skandynawska oraz takie kraje, jak: Wielka Brytania, Japonia, Korea Południowa, Egipt a nawet Ghana.

Nie zapomnij o Polsce.

Gdzie znajdujesz tych wszystkich artystów?

20 lat temu zacząłem swoją eksplorację od małego pola muzyki gitarowej z Wysp, a dzisiaj interesuje mnie dużo więcej rzeczy, które przebieram, sortuję i zapraszam na swój festiwal. Kiedyś płyty przegrywałem z radia albo podrzucali mi je koledzy. Dzisiaj kupuję je we wszystkich możliwych formatach plus korzystam z serwisów streamingowych. Niezmiennie moją główną pasją jest wynajdywanie ciekawych, nowych i starych muzycznych perełek i interesuje mnie dosłownie wszystko. Często myślę, że za dużo, no ale taki już jestem. I choć mam ogromny sentyment do czasów, kiedy razem z płytą na poczcie pojawiały się łzy szczęścia, to pod kątem selekcji dzisiaj pracuje się łatwiej niż kiedyś. W chwili takiej jak teraz, po etapie konceptualnym imprezy, potrzebuję muzyki, która jest tłem, a nie bohaterem. Słucham więc Williama Basińskiego i sporo jazzu z przełomu lat 50. i 60. oraz początku 70. Dobrze czuję się też nie słuchając niczego.