JPA_8528

Idee zamiast zniczy

W Bolko Lofcie mieszka, w poprzemysłowym magazynie pracuje, a w przerwie siada na krzesełku starej kolejki linowej i opiera się o klopsztangę. Przemo Łukasik przywraca do życia, rehabilituje. Obiekty, ich fragmenty, konkretne przedmioty. – Chodzi o to, aby pokazać, że można ten problem rozwiązać inaczej niż tylko poprzez palenie zniczy pod wyburzonym budynkiem lub przykuwanie się do niego łańcuchami – wyjaśnia. Od trzech lat rehabilituje też swoja głowę. Triathlonem.

ROZMAWIA: Łukasz Respondek
ZDJĘCIA: Arkadiusz Ławrywianiec i archiwum Medusa Group

Przemo Łukasik
Studiował architekturę na Politechnice Śląskiej w Gliwicach oraz w Ecole d’Architecture Paris-Villemin w Paryżu. Później pracował w Berlinie i Paryżu. W 1997 roku wraz z Łukaszem Zagałą założył własną pracownię architektoniczną: Medusa Group. Pracownia wygrała 11 konkursów, otrzymała w sumie 31 nagród i dwa razy była nominowana do nagrody Miesa van der Rohe. Za realizacje w Bażantowie (kompleks budynków usługowo-mieszkalnych) Medusa Group otrzymała Platynowe Wiertło 2010 i wyróżnienie w konkursie Architektura Roku Województwa Śląskiego 2009/2010.

05-05-2014 BYTOM PRZEMO ŁUKASIK 2014 ARCHITEKT MEDUSA GROUP FOT - ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC © ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC +48602108563 mail: areklawry@interia.pl www.areklawrywianiec.com

PLACE: Ulubiona śląska ulica, wieczór. Spacerujesz z synem. Widzisz secesyjną kamienicę w agonalnym stanie, którą właściciel chce wyburzyć najprostszą metodą – zostawiając ją samą sobie. A mógłby przecież ją odnowić. Mówiąc po twojemu – zrehabilitować. Co robisz?
Przemo Łukasik: Najpierw zadaję sobie pytanie, czy aby na pewno nie należy tej kamienicy wyburzyć. Jeżeli odpowiedź jest przecząca, wtedy szukam rozwiązania. Zawsze zaczynam od przekonywania, używania argumentów, zmierzenia możliwości jej pozostawiania. Czasem po ciężkiej pracy, dalej okazuje się, że nie ma na to szans. To trudne do zaakceptowania, ale życie mnie już nauczyło, że nie wszystko jest czarno-białe.

Kiedyś używałeś dosadniejszych słów.
Nie wyrażam już tak radykalnych, jednoznacznych opinii, więc coraz mniej dziennikarzy ze mną rozmawia.

A jednak jesteśmy, żeby zapytać. Jak działa ten mechanizm – rehabilitacja architektury?
Pojąłem go dzięki kontaktom z dużymi firmami. Nabrałem argumentów. Wiem, jakich użyć w rozmowie z inwestorem, właścicielem, majstrem na budowie czy urzędnikiem. Architekt nie rozwiązuje dziś problemu tylko rysując. Sam szuka zajęcia: czasem przychodzi nam znaleźć działkę, inwestora, poszukać sposobu finansowania. Rysujemy na samym końcu. Tak było z siedzibą naszego biura. Przez trzy lata próbowałem zainteresować tym starym magazynem ludzi, którzy zajmują się przekształcaniem, rehabilitowaniem takich obiektów, aż w końcu sami z moim wspólnikiem podjęliśmy to wyzwanie.

Jednak, żeby zrealizować pomysły takie jak loft czy klopsztanga – owszem – trzeba mieć wizję, dar przekonywania. Ale trzeba mieć też odwagę. Tymczasem ty mówisz, że złagodniałeś.
Dojrzałem, a to zupełnie co innego. Dzięki temu wiem lepiej, jak rehabilitować obiekty, ich fragmenty i przedmioty. Nie porywam się z motyką na słońce, tylko krok po kroku przywracam je do życia. Zresztą tym pomysłom daleko do jakiegoś wariactwa czy awangardy. Od czasu, kiedy jako grupa jesteśmy w Polsce, staramy się rozumieć sytuacje, w których przychodzi nam projektować. A one wcale nie są proste: ograniczane są budżetem, a swego czasu ograniczane były wyobraźnią inwestorów, urzędników. Teraz klienci przychodzą do nas świadomie, chcą czegoś innego. Dalecy są jednak od nazywania tego wariactwem, czymś nierealnym.

Serwerownię w wieży wodnej laik może właśnie tak odebrać. Jak wariactwo (w czerwcu zeszłego roku Przemo Łukasik przedstawił swoją koncepcję zagospodarowania wieży wodnej w Bytomiu przy ul. Oświęcimskiej. Jej stan techniczny jest bardzo zły i grozi jej rozbiórka. Architekt wspólnie ze swoim wspólnikiem Łukaszem Zagałą zaproponowali, aby w wieży powstały biura lub właśnie serwerownia. Trwa poszukiwanie inwestora – przyp. red.).
Ale to była inicjatywa, próba, jedna z naszych pobocznych prac. Zależało nam, aby pokazać, że można ten problem rozwiązać inaczej niż tylko poprzez palenie zniczy pod wyburzonym budynkiem lub przykuwanie się do niego łańcuchami. Nie lubimy działań histerycznych, agresywnego wyrażania swoich poglądów. Nawet jeśli nasze są zbieżne, to nie podoba nam się język. On jest tu niezwykle istotny. Pozwala nam przekonać do swoich racji np. konserwatora. A kiedy nam się udaje, to następnym razem taki urzędnik już wie, że coś, co wygląda jak eksperyment, wcale nie musi zakończyć się katastrofą.

przemolukasik8

Rehabilitowany „pacjent” nie wrócił jeszcze do życia. Takich przykładów też nie brakuje.
Nie każdy obiekt da się uratować, nie na każdy nas stać. Jak z zębem, nie każdego stać na koronkę czy implant. I trzeba się z tym pogodzić. Dla wszystkich, którzy działają z szacunkiem dla tego, co się wydarzyło w przestrzeni, to smutne, nawet tragiczne. Mamy udane rehabilitacje, jak krzesełka „Elki”, spichlerz w Gliwicach, po części projekt „Klopsztanga”. Ale są też przykre przykłady, jak wieża wodna w Bytomiu i wieża ciśnień w Gliwicach.

Wymieniliśmy już całkiem sporo tych obiektów. Nasza architektura jest aż tak wyjątkowa?
Śląska architektura jak każda w Polsce, dotyka – najogólniej mówiąc – stylu międzynarodowego, klasyfikuje się w tych samych potrzebach i problemach. Jedyne, co nas wyróżnia, to kontekst, ilość obiektów poprzemysłowych, o których myślimy, że można je wskrzesić. Podobne zjawiska występują prawdopodobnie w Łodzi i w Gdyni.

przemolukasik3

Mówisz o świadomości klientów. Czy aby nie za bardzo idealizujesz? Ja odnoszę wrażenie, że dworków rodem z południa Francji wcale u nas nie ubywa. Czy rzeczywiście coraz bardziej rozumiemy trendy w architekturze?
Z jednej strony myślimy racjonalniej. Szczególnie o mniejszych powierzchniach. Kiedyś to było takie nadmuchiwanie bańki, bez wyraźnego przemyślenia rzeczywistych potrzeb. Z drugiej natomiast zachłysnęliśmy się tym, co do nas przyszło z Zachodu i łykamy wszystko jak pelikany. Podchodzimy bezkrytycznie do niektórych sytuacji, nie analizujemy. Zamożni i wykształceni ludzie jeżdżą do Prowansji i stawiają potem na Śląsku hacjendy. To są te złe realizacje, ale nie da się ich uniknąć. Powinniśmy taktować te sprawy bardzo pragmatycznie. Kwestia loftów i rehabilitacji jest powszechnie znana w tych częściach świata, które już borykały się wcześniej z podobnymi problemami. Tak było tez z moim mieszkaniem. Nie odkryłem Ameryki – Bolko Loft powstał przez ograniczenia budżetowe.

Loft wygląda niesamowicie. Pragmatycznie rzecz ujmując – na dużo droższy niż kosztował. Ale bez artystycznego podejścia do roboty, obiekty tego typu pewnie by nie powstawały. Gdzie w architekturze jest granica tej wyobraźni?
Jeden z moich profesorów na uczelni mówił, że różnica między architektem a artystą jest taka, że architekt mniej pije. Wino to jedna z moich słabości i nie wiem czy nie przekroczyłem już tej granicy (śmiech). Na bycie artystą trzeba sobie zasłużyć. Ja bardziej pracuję w usługach. Moim podstawowym zadaniem jest zrozumieć potrzebę klienta. Bez względu na to, czy jest on ogromną korporacją, czy osobą indywidualną. I wykonać w terminie dane zadanie. Nie każdy z naszych projektów jest wybitny, nie każdemu można przypisać cechy artystyczne. Wpływa na to wiele czynników. Czasami się to udaje. To może być garaż, który przeradza się w coś ciekawego. Ale nie dzieje się to za każdym razem. Specjalizujemy się w architekturze, nie w wynalazczości, nie patentujemy naszych projektów.

przemolukasik4

Od trzech lat w swój i tak napięty harmonogram wplatasz jeszcze sport. I to aż trzy dyscypliny. To chyba niełatwe, zwłaszcza, że zleceń wam wcale nie ubywa.
Kiedyś wydawało mi się, że na nic nie mam czasu. Triathlon uświadomił mi, że to bzdura. Teraz wracam do saksofonu, a buty do biegania, których kiedyś nienawidziłem, pakuję do walizki zawsze, kiedy gdzieś jadę. W czasie biegania modlę się, myślę o projekcie, o sytuacjach, rzeczach przypadkowych, odpoczywam. Gdy zdenerwuję się na kogoś w pracy, na budowie, zdarza mi się zbyt rychło, mało profesjonalnie opowiedzieć. Po czterdziestu długościach basenu stygnę i dochodzi do mnie, że podjąłem złą decyzję.

Czyli jesteś sportowcem z tych samych powodów, co większość ludzi, która ćwiczy – chcesz przedłużyć sobie życie.
To też rehabilitacja, ale mojej głowy. Walcząc z dystansem Ironmana (3,86 km pływania, 180,2 km na rowerze i 42,195 km biegu – przyp. red.), walczę też ze stresem, osobistymi problemami, lękiem. Kiedyś uprawiałem inne dyscypliny. Teraz wybrałem taką, która mnie mocno porządkuje. W życiu zawodowym, które jest cholernie wypełnione, zabiera bardzo dużo z życia osobistego, pakowanie się w sport prawie wyczynowy, może wydawać się bardzo ryzykowne. Ale to mobilizuje. Wiem, że gdy rano nie wstanę, to nie będę miał kiedy przeprowadzić treningu. Budzę się więc o 5 rano, a kiedy kończę ćwiczyć, robię bułki dla dzieci i kawę dla żony. Gdy zawożę syna na judo, to w tym samym czasie idę na basen. Nie odnoszę jakichś kolosalnych sukcesów. Ale dla mnie są bardzo ważne.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak pociąga cię pewne ekstremum. Ekstremalny wysiłek, ekstremalne obiekty. Twój sport w jakimś stopniu można porównać do architektury?
W triathlonie wszystkie trzy dyscypliny trzeba uprawiać na w miarę dobrym i równym poziomie. Tak samo jest w architekturze. Kiedyś łatwo mi było stanąć przed planszą, elewacją budynku i ocenić: ładne, brzydkie. Dziś bym się na to nie odważył. Wiem bowiem, ile jest w procesie projektowym, tak samo jak w sporcie, wysiłku, żeby dotrzeć do finału, do tej elewacji, która nie wydaje się idealna. Przede mną ważny start w Austrii. Czuję niepokój. Najpierw jest etap przygotowań, pracy nad sobą a potem czas startu. Spełnienie, ale i obawa. Tak samo w architekturze – projektujemy, projektujemy, czujemy potencjał a potem jest realizacja i wątpliwości. n

przemolukasik7

przemolukasik6

przemolukasik5